sobota, 30 października 2010

Kid Cudi - Man on the Moon II: The Legend of Mr. Rager [November 9, 2010]


Ocena:


Miałem na początku roku zajawkę na zrecenzowanie dobrych płyt z 2009, które siłą rzeczy pominąłem, gdyż blog wystartował na początku 2010. Słomiany polski zapał wziął górę, i w końcu oceniłem tylko "Us" od Brothera Ali, "Solitary Confinement", OBFCL 2" i "Blueprint 3", a miałem wielkie plany. Miał być "State of Arts" Hilltop Hoods czy "Relapse" Eminema, a przede wszystkim "Man On The Moon: The End Of The Day" Kid Cudiego.

Żałuję, że się nie udało. Była to jedna z moich ulubionych płyt roku słusznie minionego, który, szczerze mówiąc, w natłok dobrych płyt w mainstreamie nie obfitował (2010 go zjada bez problemu, a przecież hip hop umarł, co Nas?).
Cudder zainteresował mnie już zresztą wcześniej, piękny mixtape "A Kid Named Cudi" z całą masą fajnych gej-rapowych akcentów gościł w odtwarzaczu waszego ulubionego recenzenta. Idealnie pasował do wytwórni Kanye Westa, który właśnie takich raperów powinien gromadzić (a Common Sense im przewodzić powinien, i swoimi wypielęgnowanymi metroseksualnymi dłońmi rozdzielić Morze Truskulowe na dwa niczym Mahomet czy tam Mojżesz), i propsy pogromcy straszliwej i owianej złą sławą Taylor Swift za to się należą (tylko nie szalej Kanye i nie wysyłaj fotki tego, co zobaczyła ta fanka, nie kocham cię niestety)
Nie słuchaliście debiutu? Warto się zainteresować, "Pursuit Of Happiness" to prawdopodobnie jedna z lepszych kawalin i singli 2009 roku. Płytę oceniłbym na 4,5/5, była naprawdę ciekawa i klimatyczna.
Jednak nie ma sensu recenzowanie poprzedniej płyty w sytuacji, gdy Scott Ramon Seguro Mescudi (co jest psiakość z tymi imionami swoją drogą, Nas Olu Bin Dara Jones czy Lonnie Rashied Lynn, Jr., kiedy zadebiutuje jakiś raper, który będzie się nazywał John Smith czy coś) przypomniał o sobie wydając kolejny album.
"Man On The Moon- The Legend Of Mr. Rager" jest kontynuacją tego, co słyszeliście na debiucie, tyle, że... No właśnie, tyle że. O tym dalej w recenzji.


Beastie Boys

Słuchając tej płyty przypomniała mi się właśnie ta zacna grupa. Pamiętacie, dlaczego byli tacy znakomici? Wyróżniała ich świetna, zróżnicowana muzyka i teksty absolutnie z dupy, pijackie, szalone, krejzolskie, spalone, niespójne, przypominające o ich punkowych rodowodzie.
To samo, oczywiście zachowując pewne proporcje między legendą rapu a newcomerem, można stwierdzić po sprawdzeniu tej płyty. Aż takiego kolażu muzycznego jak na albumach Żydków może nie ma tu, ale mimo wszystko, są jakieś analogie.
Kid Cudi nie jest lirycznym monsterem, nie zaskoczy cię (no na pewno będę pisał z dużej litery "cię", przecież ogólnie czyta mnie samo ścierwo i paru normalnych ludzi) jakimś konceptem zaskakującym (tak wiem że było zaskoczy wcześniej) czy też punchem... zaskakującym, wielokrotny rym także nie zaskoczy ;( cię tu raczej. Słowem, tekstowo ten cd wypada drugim uchem, choć nie można też stwierdzić, że linijki są paskudne jak u Chingy'ego czy innego Pitbulla.
Warto zauważyć, że chyba więcej tu rapu niż na "jedynce", i chyba powinno to cieszyć, co prawda B.o.B raczej zjada Cudiego jednym wersem, a jego płyta jest chyba trochę lepsza, to fajnie jednak, że Cudi nie porzucił całkowicie rapu, bo porzucanie rapu jest złe (tak, to do ciebie Curtis Jackson).
Czekaj no czarnuchu, o czym jest w zasadzie ta płyta? Praktycznie o niczym i wszystkim, jest tu sporo tekstów traktujących o samym Cudim, jego rozterkach, smutkach, tęsknotach i o wszystkich takich pierdołach, które może przeżywać typek, który promuje obcisłe dżinsy (Popek dopisał ten fakt do listy kurewstwa i upadku zasad).
Większość tracków coś tu rozkminia, "Scott Mescudi Vs. the World", "Mr. Rager", "All Along" czy "These Worries" to spojrzenie na wnętrze samego Cudiego, dowiecie się tu, co sądzi o świecie, własnym życiu, uczuciach i podobnych, bezużytecznych dla gangsterów informacji. Podane to jest w rozśpiewanym, klimatycznym sosie, nie ma więc ryzyka zmulenia się przy takowym tracku, choć przy "All Along" co wrażliwsi na ckliwe wzruszenia mogą się skrzywić.
Znajdą się tu jednak także trochę inne tematycznie tracki, "Marijuana" traktujące o zawiłości symboli matematycznych na obeliskach w Shangri-La, he he he, żarcik, oczywiście traktujące o THC czy próbujące chyba być psychodelicznym "MANIAC" to istotne odstępstwa od normy. Można tu znaleźć nawet parę wersów ulicznych (Wylin' Cuz I'm Young) czy też parę linijek o dupeczkach usłyszeć (Erase Me, The Mood). Nie skrzywisz się tu słysząc jakąś wyjątkowo słabą metaforę ("I play hoes like an arcade game" prześladuje mnie po nocach, oj Ching-a-ling zbóju), raczej się dołączysz do tworzonej przez Cudiego ściany różnorakich emocji, które są dostarczane przez jego dźwięki do naszych uszu, i przetwarzane w ośrodku mózgu odpowiadającego za uczucia (ohoho, czas zatrudnić ghostwritera do takich epickich porównań chyba).
Śpiew jest na zacnym poziomie, oczywiście Luther Vandross to to nie jest w żadnym calu, ale jest progres w stosunku do jedynki chyba.
Szkoda natomiast, że nie ma nigdzie MGMT ;(
Są za to inni goście, dobrze dopasowani, Ye dość dobra zwrotka, Mary J. Blige fajnie dopełniająca tracki, Cage chyba też dobrze (nie wsłuchiwałem się).



Nie byłoby tej płyty bez produkcji, bez tych wszystkich czułych smaczków, pop-rockowych czy elektronicznych aranżacji. I choć niewiele tu znanych nazwisk (są Jim Jonsin i No I.D., Smeezingtons niby znani, ale dopiero po sprawdzeniu kto w skład wchodzi), to poziom produkcji jest baaardzo zadowalający.
Znajdziesz tu zarówno fajne bardziej elektro akcenty (Scott Mescudi Vs. the World,We Aite (Wake Your Mind Up), The Mood, These Worries) jak i soulowo-rnb klimaty (Don't Play this Song) by skończyć na pop-rocku (Erase Me, All Along), po drodze zahaczając o podkłady, jakie mogłyby się znaleźć na czystym gatunkowo rapowym albumie (Ashin' Kusher, The End, Trapped in My Mind). Cieszy sampel w "Mojo So Dope", piękny, jeden z lepszych z tego roku, spokojnie mógłbym powiedzieć, że wygrzebał go Kno.
Wszystko to tworzy jedną, melodyjną, inspirującą całość.
Nie ma tu Kanyego chyba w creditsach, ale czuć tu jednak jego rękę. Chwała mu za to, Cudi właśnie na takich spokojnych, rytmicznych, chwytliwych, perfekcyjnie udających zaawansowane, zróżnicowane muzycznie, podkładach brzmi najlepiej.
Musiałbyś być mrukiem strasznym, by w ogóle nie wczuć się w brzmienie tego cedeka.
Nawet w "Erase Me", czyli obrzydliwie wręcz chwytliwy i wpadający w pamięć song, który wyróżnia się zdecydowanie, choć w plebiscycie na najlepszy kawałek wybiorę chyba jednak "Mr. Rager" albo "Scott Mescudi vs. The World".


No dobra, czas na podsumowanie:

Plusy:
+ bardzo dobry klimat
+ fajna, melodyjna, zróżnicowana produkcja
+ refleksyjna, spokojna, akurat na taką porę roku
+ Cudi w formie
+ ja słyszę progres
+ więcej rapu niż na debiucie!

Minusy
- jeden dość słaby bit (GHOST! konkretnie)
- lirycznie to gigant nie jest
- nie każdemu ten rozśpiewany klimat przypadnie
- nie ma MGMT
- no i nie ma O.S.T.R.'a ;(
- ale serio szkoda, że MGMT nie ma


Wypada chyba nadmienić, jak "Man on the Moon II: The Legend of Mr. Rager" wypada na tle poprzednika. Wg mnie jest lepiej, spójniej (o, nie ma takiego słowa, ok, bardziej spójnie wy nieczułe słownikowe nerdy), ciekawiej muzycznie, i choć może nie ma czegoś na miarę "Pursuit Of Happiness" ("Erase Me" to nie to samo), to niżej niż debiutu tego cd nie da się ocenić. Wydaje mi się też, że choć Cudi w dalszym ciągu Kool G Rapem nie jest, to jakość wersów jest lepsza, te jego braggadocio na "Mojo So Dope" czy "Ashin' Kusher" chyba dobrze rokuje na przyszłość... o właśnie, "Mojo So Dope", bardzo zacny track, dodajcie do listy waszych ulubionych tracków w 2010 roku.
Ktoś może powiedzieć, ta płyta nie jest ani najlepsza rapersko, ani nie ma szans zwojowania list rockowych, więc czemu niby mamy to chwalić? I czemu nie pisałeś nic o tym, że Cudi czerpie tylko z tego, co stworzyli Typical Cats?
No właśnie, czemu, mam dla ciebie odpowiedź, zaczyna się na "W" ;(
Jak koniecznie chcesz rozkładać każdy cd na czynniki pierwsze, to może lepiej sobie daruj, "Man on the Moon II: The Legend of Mr. Rager" nie jest dla ciebie.

Lubisz rap z dużą ilością śpiewu, miękki raczej, bez przemocy i ulicznej prawdziwości? Kanye West, B.o.B to twoje klimaty? Identyfikujesz się z gej-rapem? Muzyka cię wzrusza (ale nie jesteś gejem, proszę zaznacz to, zaznacz to, to dla mnie ważne) i zmusza do refleksji?
Bierz bez wahania.
Słuchając tego, czujesz się istotnie tak, jak sugeruje nazwa wytwórni, Good.

wtorek, 12 października 2010

Kno- Death Is Silent [October 12, 2010]


Ocena:


Cunnilingus (łac. cunnilinctio) – metoda seksu oralnego polegająca na stymulowaniu (pieszczeniu) narządów płciowych partnerki, zwłaszcza jej łechtaczki, za pomocą ust, warg oraz języka. Cunnilingus występuje zarówno w kontaktach heteroseksualnych, jak i u kobiet bi- oraz homoseksualnych. Dla części kobiet oralne pieszczoty łechtaczki są techniką ułatwiającą osiągnięcie orgazmu.

Takim właśnie patusem jest omawiany tu pan, znany głównie z zespołu Cunninlynguists (oczywiście dwa, nomen omen, człony tej nazwy nie mają nic wspólnego z seksem oralnym, ale jakiś wstęp musiał być).
A zespół ten znany jest głównie właśnie nie z tego, że rymuje o seksie, ale z reprezentowania tzw. spiritual hip hopu- głębokich przemyśleń, smutnych sampli, refrenów chwytających za serce i takich tam opcji dla niedowartościowanych.
Ja co prawda jestem zazwyczaj oporny jeśli chodzi o wzruszenia i łzy, no, ale mój avatar z Tibii niestety zakończył swój żywot po wysłuchaniu "The Gates" z płyty "A Piece Of Strange". Są więc na pewno ludzie, którzy ekipę tę pokochają od pierwszego wejrzenia.
Baaardzo mocną stroną Cunninlynguists są świetne produkcje Kno, trudno znaleźć kogoś innego, kto potrafi zrobić z sampli taki klimat. Te właśnie bity podciągały trochę oceny płyt tria z dirty southu, bo nie ma się co oszukiwać, że Kno czy Deacon dysponują jakimś potężnym warsztatem technicznym. Stawiali raczej na wspomniany klimat i koncepty, i dzięki temu ich mjuzik ma coś magicznego w sobie.
Można powiedzieć więc, że klimatu i paru zacnych konceptów spodziewałem się, zaczynając odsłuch "Death Is Silent".


Music To Cut Your Wrist To

Jeśli potraktować "Death Is Silent" jako koncept album o życiu i śmierci, albo no chociaż kurwa o przygłupach nie radzących sobie z życiem i przyprawiających starych o problem zbierania ich ścierwa z chodnika/czyszczenia wanny z krwi, to spisał się autor albumu nad zwyczaj dobrze.
Historia opowiedziana w "La Petit Morte", mówiąca o śmierci, przechodzeniu na drugą stronę, jest naprawdę magiczna, aż szkoda, że taka krótka. Zwraca uwagę wysamplowany Kanye na końcu, mogliby coś nagrać razem w sumie.
Tak samo zresztą ciekawie napisane "Loneliness", mistyczniej trochę o kobiecie, szerzej niesprecyzowanej, jest na tyle interesujące, by poświęcić temu trackowi więcej uwagi. Czy na pewno rapuje o kobiecie? Może o czymś innym? Do rozkminienia we własnym zakresie.
O depresji, radzeniu sobie z nią, uczuciach, całym twoim wnętrzu opowiada "Rhythm Of The Rain", a temat śmierci porusza "They Told Me", natomiast smutne dzieje miłości i związków znajdziesz w "Spread Your Wings".
Całkiem sporo tutaj tych przygnębiających tematów. Przygnębiający jest nawet całkiem zacny storytell pod tytułem "I Wish I Was Dead", Tonedeff wkurzony złem świata zmierza w stronę światełka w tunelu, zaś Kno poznaje, czym kończą się złe wybory partnerek życiowych. Fajne, i zaskakujące nawet na końcu.
Są (na szczęście dla wrażliwych ślizgowców) także bardziej pozytywne akcenty na tym cd. "Graveyard" prezentuje bardziej bitewną wersję Kno... i na szczęście jest samotne w tej konwencji, za to "Not At The End" motywuje, roztacza wizje przyszłości, i to bardziej pozytywne niż pozostałe tracki na płycie.
Wszystko to daje nam zdecydowanie jedną z ambitniejszych tekstowo pozycji w tym roku. Nie ma tu może fajerwerków jakie znajdziemy u K-Rino czy Canibusa, Kno daleko do Eminema, ale jak dasz szansę jego wizji rapu, to może cię to wciągnąć.
Może zresztą lepiej, że nie atakuje tu jakimiś z dupy wielokrotnymi, że nie próbuje zabijać flow? Do konceptu płyty należy się dostosować, głupio by było, jakby nagle po jakimś głębokim tracku zaczął świrować battle rappera i oczyszczać miasto z tych, którzy są nie najsest, ale łorst. Tak mi się przynajmniej wydaje.


MOJE ŻYCIE JEST CHUJOWE!!!!!:(:( ////ANIU JESTEŚ CAŁYM MOIM ŻYCIEM :*~~


Ocenę tej płyty podnosi jednak wybitna produkcja. Wiedziałem oczywiście, że Kno potrafi swoim samplingiem budować atmosferę, ale tutaj wzniósł się już na prawdziwe wyżyny, jego aranżacje prezentują się tutaj jak twoja ulubiona dolinka z huśtawkami na tle Doliny Marinera.
W "If You cry" pięknie przygrywa sampel z jakiegoś jazzowego kocura, w "Loneliness" mamy do czynienia z genialnym bassline'em, w "Petit La Morte" jeden z lepszym sampli gitarowych, jakie dane mi było słyszeć. "Graveyard" z kolei na początku atakuje klimatami folkowymi, by potem doprawić to silnymi synthami. Dodać do tego starannie dobrane sample wokalne/refreny i mamy obraz całości.
Mistrzowsko połączył syntezatory z gitarami, pianinami, skrzypcami, instrumnentami dętymi, czasem nawet rytmami orientalnymi, zrobił z tego kolaż lepszy niż twój lokalny dostawca parówek, stworzył coś ze zlepku wielu gatunków.
Brzmi to wszystko wspaniale, na pewno najlepiej wyprodukowana płyta w tym roku.


Dziś cierpię na Facebooku, jebać naszą klasę!!1one

Miałem wahania przy ocenianiu tej płyty. W końcu Kno nie jest wielkim raperem, nie ma megaflow ani wielokrotnych, a płyta może zmulić tych bardziej odpornych na takie klimaty.
W sumie jednak tacy odporni po ten album i tak nie sięgną, a koncept płyty i jej klimat są idealną wymówką do tego, by nie robić z siebie drugiego Kool G Rapa. Jak jest melancholia i refleksja, to ma być melancholia i refleksja, a nie flow i wielokrotne. Wymówka zapewne stworzona nie do końca celowo, bo byłoby to bardzo chytre i pomyślane po mistrzowsku, chyba zbyt chytre jak na zwykłego dobrego zioma z południa.
Podsumowując:

Megan Fox
+ najlepiej wyprodukowana płyta w tym roku
+ sporo refleksji, zadumy, melancholii
+ ładne koncepty i fajny storytell
+ brak poważnych wad (tak, to też należy wymienić)

Pierwsza Dama RP Anna Komorowska
- ?
- no, może co twardsze głowy znudzić
- innych z kolei zbyt mocno przygnębi

Dodam też, że jakby każdy undegroundowy album był tak przystępny a jednocześnie ambitny jak ten, to bez wątpienia porzuciłbym dirty south i wrócił do tych wariatów których kochają na ślizgu.

Jeżeli dla ciebie kwintesencją rapu są mocne linijki i klasyczne bity, to musisz szukać innych płyt (choćby najnowszy 7L & Esoteric).
Natomiast jeśli jesteś wrażliwym chłopcem o delikatnej psychice, któremu zdarza się poronić łzę przy ulubionym wykonawcy, to...

wypierdalaj z tego bloga cioto.
Natomiast, po trzecie primo, jeśli cenisz sobie klimat, refleksję, piękną produkcję i bardziej ambitne teksty oscylujące wokół życia i śmierci, to ten cd jest dla ciebie wręcz idealny.
Powiem ci tak, jak ta muzyka cię nie ruszy, to już nic cię nie ruszy. Ale pamiętaj, życie jest piękne nie? Odłóż to.
5/5- bo to zdecydowanie majstersztyk produkcyjny i również liryczny, piękny, ambitny, a jednocześnie przystępny dla zwykłego zjadacza chleba (w odróżnieniu choćby od uderzającego w podobne tony na "Li(f)e" Sage'a Francisa). Są refreny, są normalne teksty, nie ma żadnej jebanej postmoderny, po której paru przygłupów przykleiłoby temu albumowi łatkę "awanghardowy" i lista fanów na tych paru przygłupach by się skończyła. Tymczasem "Death Is Silent" może się jarać każdy, a uniwersalność to piękna cecha.

PS: wysłałem kopię "Death Is Silent" do Justina Biebera z dopiskiem "ZRÓB TO, Magik zrobił i dalej żyje". Oczywiście nie dodałem, że Magik żyje w naszych sercach, mam nadzieję, że to nie robi różnicy.

niedziela, 26 września 2010

Ice Cube- I Am The West [September 28, 2010]


Ocena:


Rap z zachodniego wybrzeża, przynajmniej w tym mainstreamowym wydaniu, to w ostatnich latach raczej niezbyt wesoły temat. Zasadniczo tylko The Game odniósł jakiś tam sukces, a to i tak dzięki kolegom ze wschodu, którzy mu załatwili bity znanych producentów, w tym Dr. Dre. Tego samego Dre, któremu nie chciało się robić bitów na recenzowany tu album. Dodać do tego marną płytę Dogg Pound z tego roku, Snoopa pragnącego nagrać Doggystyle 2, i mamy pełen obraz. Na firmamencie zawsze znajdowała się jeszcze jedna postać, O'Shea Jackson, konkretnie Ice Cube, który zaatakował nas właśnie nową płytą. Czy rzeczywiście Cube Jest Zachodem? Co by na to powiedział John Wayne? Jak zareagowałby Old Shatterhand?

Wódz Kłamliwy Szczur

Przede wszystkim, "I Am The West" miało być powrotem do zachodniego brzmienia, tego klasycznego. W pierwszych wywiadach Kostka mówił, że będzie Dre, Quik, Sir Jinx, że to będzie to, na co czekają wyposzczeni fani brzmienia rodem z L.A.
Ja tam specjalnie wyposzczony nie byłem, bo g-funk był i się skończył, w gangsta rapie wschód już dawno przeskoczył zachód, a reszta nurtów (hyphy np.) niezbyt mnie pasjonowała. Do zapowiedzi podchodziłem więc ostrożnie, ale mimo wszystko, po co rozpowiadać takie brednie, jeśli się nie ma pewności? Psychofani już widzieli oczyma wyobraźni New World Order, tymczasem dostali Bangladesha.

Wódz Elokwentny Kojot

Trzeba jednak powiedzieć, że Ice Cube rozsądnie podszedł do niektórych aspektów tej płyty. Zadbał, by było dostatecznie dużo przemyśleń na temat świata, ludzi, rapgry. Da się tu wyczuć frustrację jak i protest. I choć ustatkowany 40-paro letni tatuś nie jest może ideałem buntownika, to jednak dobrze, że takie tracki się tu znalazły.
Wobec całkowicie miałkiego lirycznie albumu DPG, ten cedek jawi się jako niebo wręcz, jeśli szukasz czegoś głębszego.
"No Country For Young Men"- najlepszy chyba kawałek na całej płycie, to odważny komentarz na temat USA, na temat ludzi i zasad, które łamane być nie powinny. Cube nie nawłaził się w dość dużą ilość dup by dostać nagrodę? To właśnie tu usłyszycie (cóż, więc nagród od VH1 nie traktuje chyba poważnie xD iksde).
Z kolei na "Hood Robbin'" demaskuje amerykański sen jako jedne wielkie kłamstwo, Obama w TV pierdoli o zmianie, a ty siedzisz nad rachunkami i się zastanawiasz, co cię podkusiło do ruchania tej tłustej kurwy, która leży za ścianą, i robienia tylu bezsensownych bezużytecznych bachorów. A i ludzie kłamią, a i rzą też! Ojej ale zaskocznie!
Inne mocne lirycznie kawałki to np. "Drink The Kool-Aid" czy "Life In California" w którym wyraża swe za przeproszeniem wkurwienie z otóż następującego powodu, konkretnie takiego, że go w radiach nie grają. Cóż, radia grają to, co się sprzedaje, myślałem, że to wiesz, Kjup.
Wracając do tematu, znajdziesz na tym albumie zacne lirycznie kawałki, jest ich nawet większość, czy może "większa połowa", w starych gangsterskich klimatach też zresztą (Your Money Or Your Life).
Cytacik:

"Microphone fiend with that guillotine killa team
You motherfuckers wanna mount to a hill of beans
When i ride by well over 35
You're still running high scared of a drive-by"


Ładna technika, a gangsterska otoczka zachowana, takiego Cube'a lubimy.

Jak dodać do tego zwykle towarzyszącą im zacną produkcję, to już zaczyna być bardzo dobrze. No, ale są też ciemne strony czy tam kurwa druga strona medalu. Jaka?

Wódz Wkurwiający Giez

Inne kawałki z kolei są zupełnym nieporozumieniem, jaki w ogóle był koncept dla "It Is What It Is"? Refren zajmujący 3/4 całego utworu, jakieś zbędne zbyteczne dukanie niepotrzebnego tekstu, toż to nie jest Skarb w Srebrnym Jeziorze tylko psi kloc w Jeziorku Czerniakowskim. Można by spokojnie go wywalić z tracklisty.
Tak samo zresztą "All Day, Every Day". Argh, jak ja tego nienawidzę. Nie rozumiem naprawdę, po co ktoś robi takie tracki, skoro radia tego i tak nie wezmą, skoro kobiety i tak przez to nie kupią płyty, skoro kluby i tak nie będą tego grały?
Czasem mam wrażenie, że po prostu jest jakiś prikaz, który mówi tym przygłupom, że taki song należy nagrać, żeby był po prostu. Ani to hit, ani banger, ani nawet znośny song.
Jest taki cytat w "Life In California":

If Jay-Z can rap about the NYC
Why can't I talk about the shit I see
Without Alicia Keys, without going rnb
This ain't Mo-Town this is R-A-P


no, jak to ma być R-A-P na "All Day, Every Day", to dziękuję.
"She Couldn't Make It On Her Own" również nie imponuje poziomem linijek, dobrze chociaż, że Cube pokazał, jak się wykorzystuje dobre flow.
Te 3 songi znacznie obniżają poziom liryki na "I Am The West", na szczęście nie jest ich znowu tak dużo. W dalszym ciągu ocena oscyluje wokół 4/5.
Tym bardziej, że...

Wódz Ćwierkający Knur

Bity są czasami naprawdę dobre, może nie jakieś ociekające g-funkiem, ale bardzo dobrze sklecone i zaaranżowane.
"I Rep That West" czy "Nothing Like L.A." oferują to, czego chcieli chyba ci najwięksi fani. Szkoda oczywiście, że nie ma Dre czy Quika, ale to, co dostaliśmy, w niektórych przypadkach rekompensuje te braki.
"No Country For Young Men" to wręcz idealne tło dla treści, które przekazuje Ice Cube.
"Life In California" może trochę ogólnym brzmieniem przypomina popowy hit sprzed paru lat, ale też daje radę, widać, że chciano tu pokazać słoneczne Cali.
Jakby każdy bit był na tym cd tak dopracowany, to było naprawdę bardzo dobrze.

Wódz Wykastrowany Skowronek

Niestety, w pamięć raczej zapadną te koszmarki, które będą bohaterami koszmarów waszego ulubionego recenzenta przez czas jakiś jeszcze.
"She Couldn't Make It On Her Own" to naprawdę kaplica. Lubię czasem retro wiecie, ale żeby od razu do czasów C64 i Pegasusa? Przecież na płycie Bangsa były mniej więcej takie "hiciory"...
"Urbanian", nawet radosny track tekstowo, ma podkład który mógłby zastąpić krzesło elektryczne, a "Ya'll Know Who I Am" ma dodane jako bonus do fatalnej całości odgłosy trzepania prześcieradła przez sąsiadkę z góry.
Bangs w założeniu ma być śmieszny więc u niego to tak nie boli, ale jak ktoś takie coś puszcza do mainstreamu i żąda za to od raperów normalnych pieniędzy, a ci to jeszcze na dodatek przyjmują z otwartymi ramionami, to przestaje być zabawnie...
"Soul On Ice" i "All Day, Every Day" także nie imponują niczym.
Wychodzi na to, że spójność produkcyjna okazał się problemem, przewidziałem to, i spisałem w formie pamiętnika, cena 15zł + koszt wysyłki (za granicę 20zł, adaptacja hollywood- 1.000.000 $). Czasem nie lubię mieć racji.
Może wypada się cieszyć, że słabe bity towarzyszą tu zazwyczaj marnym tekstom? Tyle, że to taka radość przez łzy.

Wódz Nieistotny Skunks

Wypada akapit poświęcić gościom.
Nie ma tu żadnego nowego gracza poza OMG i Doughboyem (ponoć synami Cube'a, nie chciało mi się tego weryfikować), nie ma Nipsey, nie ma Crookeda czy nawet Blu. Ludzi, którzy mogą zbudować coś na zachodzie, kiedyś. Jest ziomek z Westside Connection i jest ok, jest zapomniany Jayo Felony.
Ktoś, kto zaplanował taki właśnie koncept featów moim zdaniem zawiódł.
Oczywiście można mówić, że przez to jest więcej Cube'a a mniej gwiazd, że nie ma Wayne'a czy Kanyego, albo jeszcze lepiej Biebera, no ale chciałoby się na płycie promującej niby zachód usłyszeć więcej zachodnich legend.
Jak goście są nieistotnymi postaciami, to i w ich wersy nie chciało mi się wsłuchiwać szczerze mówiąc, nie wiem więc, jaki poziom prezentuje OMG i Jayo w 2010 roku.

Wódz Sprawiedliwy Ogar

Należy zatem przejść do konkluzji tego nudnego wypracowania.

Plusy
+ trochę zachodniego vibe'u czuć
+ Ice Cube zazwyczaj w fomie
+ bity zazwyczaj dobre
+ teksty zazwyczaj mocne


Minusy
- no właśnie, zazwyczaj, bo i horrory tekstowo/muzyczne tu przeżywamy.
- mało gości z zachodu


Reasumując, nowy album Ice Cube'a nie zdefiniuje rapu z LA na nowo, nie zapisze się w annałach jako klasyk, nie sprowokuje większej ilości czarnuchów z Compton do chwycenia za majka zamiast glocka. Naiwny byłeś, jak myślałeś, że g-funk i Kalifornia odrodzą się razem z premierą tego cd.

Sporo też zależy od tego właśnie, czego konkretnie oczekiwałeś.
Chciałeś rewolucji? Tu jej nie znajdziesz.
Chciałeś solidnego albumu? "I Am The West" to dobry wybór.

Howgh!

sobota, 18 września 2010

K-Rino- Annihilation Of The Evil Machine [September 7, 2010]


Ocena:



You see man, rap... rap never changes. It just how it is.- powiedział zin do pustego krzesła. Zwykle krzesło zajmował Percy, tłusty, jowialny i wiecznie niedomyty manager restauracji, w której zin kontynuował tradycję polskiej husarii, myjąc talerze po statystach, tych wszystkich Johnach i Michaelach, wyborcach laburzystów, ludziach, na których widok zin miewał mdłości, ludziach, którzy nie dość, że nie słyszeli nigdy Typical Cats, to na dodatek nie wiedzieli, lub nie obchodziło ich, że zin ma prawicowe poglądy i że nie toleruje gejów siedzących na jednym krześle.
You see man, rap... rap never changes. It just how it is.- wybełkotał, polerując kieliszek, sam do siebie po raz kolejny zin, dbając, by ta cwana linijka nie wyleciała mu z głowy.
Bo wiedzieć trzeba, że zin pracował w Londynie, w barze "Candy Boy", barze z tzw. gay friendly sortu. Zin zastanawiał się kiedyś, skąd wzięło się to całe "wyzwolenie", co się zmieniło, co posypało, komu naszeptał do ucha, i co, Szatan.
Well man, people do actually change- powiedział zin, znów sam do siebie, uśmiechając się zawadiacko pod piczowąsem.
Wracając autobusem do domu, zin nie mógł nie zauważyć pudełka leżącego obok zarzyganego Polaka, który usiadł, czy raczej upadł, na stanowisko przed nim. Nie zastanawiając się długo, wsunął go (cd, nie pijaka) do kieszeni, i obiecał sobie, że przesłucha go (dalej cd, nie pijaka) w swoim pokoju w motelu.
Metropolia smagała jego twarz swymi bezlitosnymi światłami, bo miasta XXI wieku nie każdemu oferują swój uśmiech.


Jak zapewne wiecie, już jedna recenzja płyty K-Rino na tym blogu się znalazła, niesamowite "Solitary Confinement" była jedną z czołowych pozycji ubiegłego, 2009 roku.
Spamując myspace'ową skrzynkę Rina dowiedziałem się, że nowy album jest szlifowany, i że będzie on "hardest" w jego kolekcji. Uwierzyłem. Potem wyszło, że będzie to double cd, czyli 2 płyty nowego materiału od jednego z najlepszych tekściarzy w historii tej muzyki.
Były obawy w sumie o poziom produkcji, bo ta, jak wiemy, nie zawsze szła w parze z genialną wręcz liryką na poprzednich projektach Erica.
Teraz, po przesłuchaniu, jestem pewien, że to najlepszy album w dorobku tego MC. Takiego natężenia świetnych panczy, techniki, konceptów, przemyśleń osobistych nie znajdziecie nigdzie indziej, wliczając to wszystkie projekty K-Rina.
Wszystko to, na dodatek, wreszcie wsparte zacną produkcją, która brzmi tak nie-undergroundowo czasami, że można się zastanawiać, czy płyta kierowana jest do tego samego targetu, co poprzednie. Wsłuchując się jednak w teksty, to nie widzę szans, by ktoś słuchający tylko mainstreamu mógł kupić tę płytę dla hitów, bo ich tu nie ma. Jest mistycznie, ostro, rodzinnie, smutno, deszczowo, pochmurnie, potem znowu wracamy na ziemię, na ulicę, róg, trzepak, na którym Rino, Point Blank i Nip rozprawiają o problemach zwykłego czarnucha w Houston. Zacznijmy może od warstwy lirycznej, na którą, nie oszukujmy się, liczyłem najbardziej.

Cholerny grat- pomyślał zin, imigrant z grodu Kraka, nie mogąc przebić natężeniem swoich myśli zegara, który niemiłosiernie tykał, i tykał nad wyrkiem jego współlokatora, Quentina Juniora, rastamana z problemami, który zawsze poprawiał go i mówił, że jest "Junior, zawsze Junior", szczycąc się swoim ojcem, Quentinem właściwym, który zginął za jakiś nieistotny kraj w jakiejś nieistotnej wojence na Karaibach.
W dupę jebany Quentin, Junior zasrany, zawsze Junior- stwierdził szeptem zin, który, nie oszukujmy się, do fanów mainstreamu odnosił się wrogo. A Quentin, zawsze Junior zasrany, nie ukrywał się ze swoją miłością do muzyki Lil Wayne'a, murzyna, który pogrzebał rap. Nie pomagały prośby, groźby, proźby i grośby też, każdy poranek zaczynał się od zina zbudzonego tupiącą wersją choreografii do "Lollipop", którą Zawsze Junior wykonywał o 7 rano. Widok murzyna z dredami stepującego do plastikowego bitu zawsze wzbudzał w zinie uczucia z gatunku mieszanych. Myśli te burzyły spokój w głowie zina, próbującego przy świetle lampki marki Quazar ogarnąć te cholerne ułamki, konkretnie ich mnożenie. Byłby to zwyczajny wieczór, gdyby zin nie znalazł owej płyty, która teraz właśnie rozpoczynała kręcenie w jego wieży z 1993 roku. Płytę nagrał artysta pod ksywką Maszyna, a tytuł brzmiał "Śmierć, blanty i chłopaki z bloku a nawed 18 lat nie skończyłem".
Akurat pierwsze nuty dotarły do jego uszu... I nagle wszystko stało się jasne, problemy wydały się proste i błahe, 1/2 razy 1/2 dało wreszcie 1/4 a kwestia Quentina Zawsze Juniora rozwiązać miała się sama. Realizm pomieszał się z surrealizmem, dziwne cienie zaczęły tańczyć w świetle lampki, które teraz przypominało raczej poświatę z ogniska rozpalonego rytualnie w peruwiańskim lesie, zin zaczął lewitować, poznał mądrość faraonów, zobaczył Mojżesza i znalazł zwłoki Jimmy'ego Hoffy. Wszystko było dopełnione, wszystko było na wyciągnięcie ręki, zin nie potrzebował już uśmiechu metropolii, to on uśmiechał się do wszechświata.


K-Rino znany jest ze swoich niesamowitych konceptów, ze swoich pięknych panczy, a także ze swoich, dozowanych na szczęście rozsądnie, moralnych rozkmin, Fani wszystkich tych będą zadowoleni.
W sumie na początku było małe rozczarowanie, bo miałem nadzieję na jakieś dłuższe story związane z Maszyną, wiecie, coś jak liczne, epickie potyczki Jeru z Ignorancją na wszystkich jego płytach. Tymczasem Maszyna ginie już w drugim songu, tytułowym zresztą (Annihilation Of The Evil Machine), w wyniku niesamowitego pojedynku z K-Rino, który rozpierdziela ją z nowej, nietestowanej broni. Powstrzymał jej kampanię nienawiści i kłamstwa w iście filmowy sposób, scenarzyści do roboty!
Z Hollywood trafiamy na zwykłą ulicę w Houston, na której K-Rino odkrywa, że kobiety potrafią być paskudne (Change Yo Ways). Każdy z nas to wie wszak ziomy.
Nie każdy za to wie, kiedy przestać, i kiedy wziąć się w garść, jakie decyzje podejmować, nie każdy potrafi uczyć się na błędach innych. A Rino potrafi, i przekazuje nam historie błędów ludzkich w "When You Hate To Love" (nawet wątek pedofilski poruszony).
Może nie wiecie, że kasa nie daje szczęścia w życiu? To posłuchajcie "Natural Born Artist", albo ogarnijcie "The Plan" i przekonajcie się, co ukrywa przed wami rząd USA.
Faworytem moim, przynajmniej z 1 cd, jest "Duality", nawet nie dlatego, że na tym samplu nawet Eldo by dobrze brzmiał. Poziom wersów, panczy, techniki na tym kawałku jest wręcz morderczy:

Or I can activate velocities noone can impeed
at such a rapid pace I usually get back before I leave


Splitting you was not a tough decision
What I drop makes a collision that would give a Cyclops double vision


Nie da rady ich wszystkich spisać, a nawet ogarnąć, bo Rino i jego szalone, stworzone siłą woli alter-ego powodują załamanie nerwowe u osób bez perfekcyjnej znajomości angielskiego.
Powtarza to samo na "Oblivion Scroll", genialnym tracku z drugiego cd. Chyba tylko jego najwybitniejsze osiągnięcia, jak "Forensics czy "Two Pages" byłyby godne, by obok nich usiąść.

Inne pancze są z kolei zabawne

You like a house with no air-conditioning, you need a FAN

My reproductive seed is so outstanding and great
I can re-populate a planet with a manekin mate


a to naprawdę 1/10 tego co tu można znaleźć.

Drugi cd cieszy także świetnym storytellingiem, w którym Rino pokazuje pewnemu magowi-amatorowi, jak się robi czary, i że on jest tam gdzie wtedy, a ów amator tam, gdzie stał Voldemort i ZOMO. Końcówka zaskakuje, sami posłuchajcie.
Cieszy świetne zróżnicowanie liryczne płyty, Rino raz odpływa w ogóle w inną rzeczywistość, za minutę za to udaje się, by pocieszać ziomów siedzących w pace czy ogarniać leniwych, niesamodzielnych lamusów którzy zapomnieli dorosnąć, raz opowiada, jak duchy zmarłych krewnych powstrzymują bliskich przed głupimi/złymi uczynkami (Remember), by potem genialnie opisać życie uliczne w "Wicked Land". Street smart i mystic jednocześnie. Wow, just wow <łza spływa po policzku Seana Cartera>.
No nie wierzę, ale Rino jest tak marny, że nawet z wypełniacza musi zrobić ciekawy lirycznie song, już zacierałem ręce na myśl, że do wad dopiszę "Perfect Union", a tu klops, zonk, i krzyża na Krakowskim nie ma.
Nie wystarczy ogólnie miejsca, by opisać każdy temat, który poruszył na tym cd K-Rino. To się naprawdę odkrywa z ciekawością, jak słuchasz płyty Jaya czy Nasa to wiesz, o czym będzie następny song. Tu tego nie ma.
Oczywiście, nie wszystkie kawałki są tak samo imponujące (np. "Last Letter", ale na żadnym nie miałem wrażenia, że był pisany na kolanie, tak, aby był.
To najlepszy lirycznie album tego roku (póki co), to niesamowite osiągnięcie w postaci braku wypełniaczy w przekroju wszystkich 29 tracków. Wskażcie inną dwupłytówkę, która tak ma. Bo tak ten typ nie ma, tak nie ma żaden typ zresztą.

Liryka- 5/5

Powstań, bracie Zinobiuszu, gdyż walka czeka nas, zaiste.- powiedziała postać ubrana w czarne szaty ze złotym krzyżem na plecach. Skąd wiem, co ma na plecach, skoro stoi przodem do mnie?- skonstatował zin, i zrozumiał, że jest w świecie alternatywnym. Tu widział wszystko, wiedział wszystko (Hahahaha wiedziałem, że to prawda Chojny, golisz klatę! HEHHEHEHEHEHEHE domyślił się zin), mógł wszystko. Moc była w nim silna, miał teraz ludzi, którzy rozumieli jego obrzydzenie do komercji i plastiku.
Bracie Zenobiuszu, jestem brat Grabiszczeus, i poprowadzę naszą armię w nadchodzącej bitwie, po której świat się zmieni- powiedziała pompatycznie postać w szacie z tym jebanym odblaskowym krzyżem na plerach, jak kamizela rowerzysty.
Wylewitowali (Taki kurwa niby Superświat a nawet szofera nie mogli podstawić, zauważył trzeźwo zin, już nie mówiąc, że brat Grabiszczeus potrzeby fizjologiczne załatwiał w locie, a "rykoszet's a bitch", powiedział do siebie zin, ścierając płyn z czoła) na pole bitwy.
Oczyma wyobraźni widział już, jak potężne zastępy wroga zmiatane są jego siłą woli, a bardowie śpiewają ody do Zina Walecznego, co Lil Wayne'om się nie kłaniał. Na dole jednak czekały tylko dwie postacie, jakiś odpicowany yuppie, w którym zin poznał sieaha z forum, na którym w poprzednim żywocie się udzielał i nauczał, i ten cholerny Lil Wayne, z tą samą twarzą nieskalaną myślą, co zawsze.
To mają być przeciwnicy?! Co to ma znaczyć- zdumiał się zin.
Nie lekceważ Bestii, bracie.- odpowiedział brat Grabiszczeus.
Ale zin go nie słuchał już, był w swoim żywiole, jego usta rozpoczęły już inkantację najpotężniejszego zaklęcia, jakie znali jego przodkowie. Teraz patrzyli na niego, i uśmiechali się, widząc swego potomka szarżującego na giaurów.


No właśnie, a jak jest z drugą stroną każdej płyty, czyli z produkcją?
Spokojnie, jest świetnie, choć wśród producentów same nołnejmy, to bity są idealne, na zacnych samplach, raz spokojne (Perfect Union), a potem agresywne, gdy trzeba (Wicked Land). Chyba tylko raz ("Flow Session Nr 1") trafił się podkład, którego można zaksięgować jako średni, sztampowy trochę. Poza tym praktycznie sam ogień! Jak już wspomniałem, bity są na tyle odpowiednie, że spokojnie można by z tego sklecić jakiś fajny singielek, który dałby trochę buzzu i $$$ panu Rino. Znamy go jednak, i wiemy, że tego nie zrobi, bo tak robi już od 20 lat (ponad).
Sądzę, że jakiś solidny mainstreamowy raper (ot, weźmy Buddena) byłby w stanie na tych bitach nagrać mainstreamową płytę roku. Ciekaw jestem, jak potoczą się losy producentów tej płyty i czemu nie uda im się zrobić szumu.
Oczywiście warto wspomnieć sampel z "Tony's Theme", czyli z tracka, który mnie prześladuje, i każe odtwarzać przynajmniej raz dziennie. Kojarzy się z wkurwionym Kubańczykiem, ogarniętym manią i szaleństwem, który zaraz zastrzeli najlepszego przyjaciela.
Cieszy, że w końcu K-Rino dostał należną mu produkcję, bo szkoda było czasem słuchać, jak tłem dla pięknych tekstów są jakieś marne pierdy rodem z pliku midi.

Produkcja- 4/5

OHŁOŃ!- ryknął zin kierując swe rozpostarte niczym szopny dłonie w stronę Lil Wayne'a.
OHŁOŃ!!!OHŁOŃ! OHŁOŃ no kurwa OHŁOŃ!!!- inkantował zaklęcie śmiertelne, lecz ku jego rozczarowaniu z rąk nie wystrzelił jasny płomień.
"OCHŁOŃ" a nie "OHŁOŃ", durniu!!!! - wrzasnął do zina brat Grabiszczeus, zajęty epickim pojedynkiem z sieahem, w którym żadna ze stron nie mogła zyskać przewagi.
Lecz dla zina było już za późno, bo Wayne, widząc jego niepowodzenie, rozpoczął kontratak.


Przejdźmy do podsumowania zatem.

Plusy
+ genialna warstwa liryczna
+ kapitalne koncepty, pancze, technika
+ brak wypełniaczy
+ trzyma w napięciu do końca
+ każdy song jest inny i oferuje mnóstwo
+ świetna produkcja

Minusy
- Nie ma! (no, refren w "I'll See You" jest taki sobie)

Tak się tworzy historia panowie, to zapewne najlepsze dzieło w karierze K-Rina, bo wątpię, by pobił kiedyś poziom, na który wzniósł się na tej płycie. Ta płyta ma wszystko, jest perfekcyjna, oszałamiająca, intrygująca, nawet pouczająca czasem.
Mam nadzieję, że to nie ostatnia pozycja w jego karierze, bo rap potrzebuje kogoś z taką wyobraźnią jak Rino.

Na kolana psubraty, król idzie.

Porażka nigdy jeszcze zina tak nie bolała. Czuł, że rozczarował, że zawiódł, że nie spełnił nadziei w nim pokładanych. Gorycz przelewała się przez niego, smutek, złość. Dłonie zaciśnięte w pięść szukały, w parze z rozumem i sumieniem, kogoś, na kogo można by przerzucić winę za klęskę.
Brat Grabiszczeus leżał rozczłonkowany 10 metrów dalej, a zin wiedział, że skalany porażką nie będzie mógł przejść przez Niebiańskie Wrota, strzeżone przez surowego, nieprzebłaganego św. Gabriela Digitalsoulusa.
Złośliwy umysł na chwilę przed odpłynięciem w nicość zaprezentował mu ostani obraz...
No kurwa no- wysapał.
Bo ujrzał stepującego do "Lollipop" Quentina Juniora, a jego harce i tańce wieczne być miały, odtąd, amen.
Kurwa jego juniora mać- szepnął zin, zanim ogarnął go wieczny mrok.

środa, 8 września 2010

Chingy- Success & Failure [September 7, 2010]


Ocena:


I like them black, white, Puerto Rican, or Haitian
Like Japanese, Chinese, or even Asian (okay)


no okay.
Nie czekaj

I like them black, white, Puerto Rican, or Haitian
Like Japanese, Chinese, or even Asian (okay)


hmmm, coś nie gra... No niby tak, ale to już beka dość zaprzeszła. Już dość się naśmiewano z Czingjego z powodu tego właśnie cytatu. Jak nie kojarzycie tego pana, to nie oglądaliście zapewne MTV w 2003, kiedy to "Hollidae Inn" było grane ZAWSZE niczym Fidel na Kubie nawet bez włączania mikrofonu. Kariera tego "rapera" toczyła się nawet nieźle, kolejne płyty sprzedawały się zacnie, nadszedł jednak rok 2010, kolejny cd (ponoć Chingy stwierdził, że to mixtape, nie znalazłem jednak potwierdzenia) i pewnie parę wniosków na temat przyszłości swojej i swojej kariery po premierze tego cd będziemy, mocium panie, mogli wyciągnać


Witam przede wszystkim mego gościa, nazywa się on Biebekwon, kiedyś znany jako Raekwon The Chef.

Ja: Elo mudzin
Raekwon: Yo word is bond God, shit is real, one love, what's crackin son, peace God.
Where my niggaz, bitches and biebers at? Where they at I ask you God, word, where they at God that's all I gottsta say God, that's all i gottsta say.


Introdukcję mamy za sobą, przejdźmy może do recenzji, Raekwon mi w tym pomoże.

SUCCESS
czyli Son that bass is killking me son, one love God

Wiecie może, po czym ja wiem, że album jest świetny? Nie wiecie? A chcecie może się dowiedzieć? Po tym otóż, że nie nagrał go ktoś o ksywce Chingy :(, choć oczywiście to półprawda, w końcu pierwszy cd zawierał bangery poganiane bangerami, trzeba było tylko wyłączyć na chwilę procesy myślowe, by docenić choć trochę "Jackpot".
Niemniej nie liczę nigdy, że Chingy nagra klasyka, nie dlatego nawet, że klasyk musi być genialny lirycznie (pokażcie rewolucję tekstową na "The Chronic"), ale dlatego, że raper z St. Louis jest po prostu w ten tekstowy deseń marny, a jakiś liryczny poziom musi być osiągnięty jednak.
Dlatego raczej więcej niż 3,5/5 nigdy bym mu za nic nie postawił.
Ale 3,5/5? Spokojnie, taką ocenę dostają u mnie płyty oferujące sporo rozrywki. A "Success & Failure" właśnie to oferuje, i to w wysokiej dawce.
Tak dobrej jakości mainstreamowych podkładów nie słyszałem od kiedy Big Boi zszedł z głośników. Bity są po prostu pierwsza klasa, słychać, że pan Ching-aling ma talent i dobre ucho jeśli idzie o dobór muzycznych teł na swoje bity.
Są to produkcje jednocześnie hitowe, ale bez zbędnej wsi i klimatów przytupankowych z remizowych potańcówek. Serio, każdy kawałek na tym cd mógłby śmiało być singlem. Moim faworytem jest chyba "All I Know" (tak samo zresztą "Diamonds" o którym potem), bardzo zacny, typowo południowy podkład, który w samochodzie czy furmance zapewne sprawdzi się świetnie, podobnie zresztą jak "Money Brought Me Back". Jedyny średni podkład, do "Git It Boy" tonie w zalewie zacnego warsztatu producenckiego na tym albumie. Tylko kto to produkował? Nie znalazłem niestety listy producentów póki co, może Trackstarz znani z poprzednich płyt Chingy'ego?
A może zrobił te bity O.S.T.R.? Wszystko możliwe, dajcie znać jak co ziomy dobre.

Failure
czyli What the fuck he mean son, word, did he just say "I play hoes like the arcade" God?

No tak, ale jest też kwestia liryki na "Success & Failure". Cóż, wiecie czego się spodziewać, cytat z pogrywaniem z dziwkami niczym z grą zręcznościową jest tu jednym z rodzynków tylko. Na szczęście nie stwierdza na płycie, że wychował się na Rakimie i Wu-Tang Clanie (Shit is real son).
Jak jesteś wyczulony na rozmaite durnoty i głupoty w tekstach raperów, to może lepiej nie sprawdzaj tego wydawnictwa. Znajdziesz tu tylko to, czego nienawidzisz- seks, hustling, dziwki, (Where the Biebers at God?), no Biebera nie ma na szczęście, ale poziom linijek wiele ponad poziom songów tego zacnego wokalisty nie wznosi się.
Słychać czasem, że Ching-aling chce brzmieć jak Pimp C (All I Know) albo jak Lil' Wayne (Money Brought Me Back), ale mimo wszystko jest to dalej próbowanie. Chingy nie ma swojego stylu, nie jest w żaden sposób charakterystyczny, nie ma za grosz charyzmy, prezencja majkowa kuleje, przekaz puka w dno od spodu, depcze 5 elementów każdym wypowiedzianym w mikrofon słowem. Jakby Kool Herc rzeczywiście miał coś o tym powiedzieć, to "Szajse" mogłoby okazać się zbyt mało naładowane odpowiednimi do marności lyricsów na tym cd emocjami.
Na dodatek "All I Know" i "Diamonds" to ten sam kawałek, tylko na innym bicie... No genialna niespodzianka po prostu. Gratuluję konceptu.
Także tu oczywiście spory minus, za wszystko, co związane z warsztatem raperskim.
Goście? Są, 8Ball i Lil' Flip, obaj oczywiście daleko poza zasięgiem Ching-alinga (That's blatantly homosexual Son, word God, fuck is wrong with you God), więc przepaść widoczna jest nawet wyraźniej.
Jedno pozostało dobre, to jest jego flow, nie ma problemów z ujeżdżaniem podkładów, nie ma tu może progresu, ale cafki też nie ma.
Może więc podsumujmy:

Plusy
+ wybitna produkcja
+ wielki hitowy potencjał
+ nie męczy już tak tym swoim głosem
+ word God?

Minusy
- liryka i prawie wszystko, co z emceeingiem na znośnym poziomie związane
- brak charakteru, charyzmy, pierdolnięcia
-word God! :) [rozpromieniony]

Ocena dalej relatywnie wysoka, bo naprawdę słucha się tego świetnie.
Chingy udowodnił, że za bangery powinni się brać specjaliści od nich (piję np. do "bamgerów" na płycie Reflection Eternal), i robić to poprawnie.
Śmiem twierdzić, że z takimi bitami nowa płyta Buna B z UGK istotnie mogłaby się ubiegać o owe 5/5 w magazynie "The Source".
Jest to idealny album do samochodu, zapewne kluby w ATL czy tam innym Memphis będą tętnić bangerami wyciekającymi z tej produkcji.

Po raz kolejny pokazane zostało, że do nagrania dobrej płyty wystarczą tylko mocne bity. Puryści będą kręcić głową? Ich sprawa.
Jest to zasadniczo cd dla każdego, jest w miarę uniwersalny i zadowoli każdego fana mainstreamowego grania, nieważne czy jest Japończykiem, Chińczykiem, czy Azjatą.
Yooo that was tight Gooooooood, real fucking wit God
Pytanie o przyszłość Ching-alinga pozostaje jednak otwarte, bo rapero-bangerowców w rapgrze sporo, a dolarów i serc fanów niewiele do zagospodarowania. Zobaczymy, jak przyszłość zweryfikuje losy tego pracowitego, acz marnego rapera. Wróci na tron, czy skończy na feacie z Bieberem ( :( :( :( ) i z ręką w nocniku? To wszystko w następnym odcinku, stay tuned.

sobota, 28 sierpnia 2010

KRS-One & True Master- Meta-Historical (August 31, 2010)


Ocena:



Powiedziałem wtedy, że 11 września 2001 miało wpływ na nich, bogatych, potężnych, tych, którzy prześladują nas jako reprezentantów naszej kultury. Sony, RCA lub BMG, Universal, stacje radiowe, Clear Channel, Viacom z BET i MTV, to są nasi oprawcy, ci, których próbujemy pokonać reprezentując hip hop codziennie, to jest rzecz na porządku dziennym.
Cieszyliśmy się, kiedy samoloty uderzyły w WTC w Nowym Jorku i mówimy to z dumą tu i teraz. Ponieważ jak byliśmy tam, na dole, przy wejściu do dwóch wież, to obrywaliśmy po głowie od glinarzy, z wyjaśnieniem, że nie możemy wejść do budynku, zaciągano nas na dworzec jak żuli, z powodu naszego ubioru i naszego slangu, i tak dalej, byliśmy prześladowani pod względem rasowym.
Więc gdy samoloty uderzyły w budynek, my zareagowaliśmy mniej więcej tak "Mmmm, sprawiedliwość".


Z powodu tego właśnie cytatu było właśnie o Krisie Parkerze, aka KRS-One, ostatnimi laty głośno. Blastmaster przestał nas zachwycać swoim rapem, albumami, guest shotami, zaczął nauczać. Kwestie tych nauk, sens robienia z hip hopu religii, ruchu politycznego, pisania "Biblii hip hopu", to temat na odrębną dyskusję.
Wróćmy do kwestii raperowskich. Ostatnie wydawnictwa Blastmastera mnie nie zachwycały, jestem zdania, że zamiast tych kilku, ośmiu dokładnie, płyt identycznych pod względem treści (ten 9, "Spiritual Minded" zbaczał niebezpiecznie już w rejony pierdolenia farmazonów z ambony, no ale był inny, nie zamierzam tego negować) można było zrobić 4 solidne, nietuzinkowe albumy. Poprzednia płyta, "Survival Skills" z Buckshotem, wyleciała mi drugim uchem zaraz po przesłuchaniu, i dziś pamiętam tylko komiczną okładkę robioną w Paincie.
Do dziś uważam, że Krisowi należy się pierwsze miejsce w historii rapu (gdyż licząc od czasów BDP do płyty "Sneak Attack", to wydał pod rząd 9 świetnych płyt, klasyków, mniejszych klasyków, ale oferujących wiele świetnych momentów.
A fakt, że potem się stoczył, to jeden z najdramatyczniejszych upadków w historii rapu, od króla mikrofonu do smęcącego komunały staruszka, od króla publiki do fanatycznego błazna, od F-22 do Tu-154 (beka co zimny Leszku) i tak dalej.
Niemniej sprawdzam większość tych jego projektów nowych, z sentymentu po prostu.
Tak też zrobiłem z nowym si-di pod tytułem "Przeciwko kurestwu i upadkowi zasad" czy jak tam jej było, "Meta-Historical" chyba (twoje zażenowanie moim poczuciem humoru durniu wiesz jak mnie rusza nie) i oto macie na temat tej płyty przed sobą moją myśl uwolnioną.
Przedtem jednak zasiadłem nad zimnym Leszkiem, i zastanawiałem się, czy do tej recenzji podejść od dupy strony i obrzucić, niczym Eugeniusz P, płytę stolcem, czy może podejść inaczej.
Sporządziłem sobie 5 wyznaczników Krisa, czyli elementów, które zawsze, od lat, obecne są na cedekach tego rapera. Oto, co wynikło:

KRS-One, czyli "Kanon Robienia Słabych Oraz Nieskończonych Egzaltacji"


1. Niechęć do featuringów

Występuje. Na płycie, na 20 songów, jest dwóch raperów gościnnie, obaj reprezentują Wu-Tang Clan zresztą. Czy to dobrze? "Illmatic" miał w końcu tylko Sosę na gościnnym występie, ale... no cóż, czegoś jednak brakuje, choćby po to, by porównać możliwości Krisa na tle młodych kotów, bo RZA i taksówkarz to jednak inna liga.

2. Narzekanie na obecny stan rapu, raperów, Przypominanie świeżakom, jak się robiło rap wcześniej

A jakże. Już jeden z pierwszych songów, "Murda Ya" pokazuje, że KRS lirycznie eksperymentować nie zamierza zbytnio, i daje to, co zwykle. Potem to samo w "Knowledge Reigns Supreme" "Old School Hip Hop" i paru innych kawałkach. Omawiany album jest, krótko mówiąc, powtórką z rozrywki, odgrzewanym kotletem, który może, i chyba powinien przejść niezauważony nawet w kontekście dyskografii Krisa.
KRS utknął mentalnie w 1993, co prawda wynurza się czasem z tego zaschniętego bajora i pokrzykuje, ale żyje na obrzeżach, na przedmieściu, poza centrum wydarzeń, ma zapewne zdanie na temat tego, co robi Wacka Flocka i czy Guru był gejem, ale nikt tych opinii nie chce słuchać, nawet raperzy, którzy w 1993 byli na topie (założę się, że Wayne i Drake będą na "Detox").
Dla tych, co zapomnieli jednak jak to się kiedyś robiło rap dla zabawy i zajawki, mamy "Gimmie Da 90's". Tytuł mówi sam za siebie.


3. Religijno-polityczne rozkminy, porady życiowe

Oczywiście porad dla czarnuchów tu nie zabrakło, jest cała seria skitów, w których Kris po raz nie wiadomo który wykłada swoją ideolo, doprawioną sporą ilością moralizatorstwa, nawet rozbieraniem na części pierwsze słowa "nigga" (otóż odmiana "naga" jest ok, "nigger" jest natomiast fe, weźcie sami to rozkmińcie). Jak brakuje wam w życiu ojca, szkoły, księdza/popa/mułły to tu możecie nasiąknąć całkiem sporą ilością propagandy. Rady co prawda głównie dla czarnych, ale co tam dla nas.

4. Surowa, minimalistyczna produkcja

Boom Bap na całego, True Master mnie nie zachwycił, ale dobrze wpisał się w konwencję, w jakiej rapuje Blastmaster. Podkłady są solidne, w większości nie odrzucają, ale Mount Everestu klimatyczności raczej nie zdobędą. Czy naprawdę nie można spróbować trochę innych podkładów? Bardziej może nawet efekciarskich, ale JAKICHŚ, wyrazistych, konkretnych, zapadających w pamięć? Wątpię, żeby nawet truskulowcy z ughh.com rozpływali się nad poziomem produkcji. Może na następnej płycie? Ta, jasne.

5. Monotematyczność, brak konceptów, zero progresu

Tragicznie w sumie nie jest, można odhaczyć podpunkt jako niespełniony.
Mamy ciekawe "Unified Field" zahaczające o budowę świata i naszych umysłów, poruszający kwestie ontologiczne, mamy fajną wstawkę w "Gimme Da 90's" (pomijając jego wtórną tematykę) polegającą na wstawieniu zamiast wersów autorskich Krisa cytaty ze znanych w latach 90-tych kawałków. Jest mniej jednoznaczne "Palm & Fist" które zachęca do samodzielnego myślenia, dla fanów rozkmin bardziej teologicznych mamy niezłe "He's Us", by zakończyć na zawsze ciekawych interpretacjach historii w wykonaniu raperów w ""Meta-Historical". Przeplata się to niby z mniej imponującymi, wtórnymi songami o skillsach Krisa i fatalnym stanie mainstreamowego rapu, ale wyróżnia się, i cieszy, bo Kris naprawdę potrafi, jak chce.
Większość płyty to jednak tradycyjne już dla tego rapera smęcenie o swoich zasługach i o braku zasług tych, którzy zamiast smarować szprejem pociągi i mury wolą oglądać przybywające zera na koncie po premierze ich nowego hedonistycznego teledysku.
Chciałeś tu jakiegoś wielkiego lirycznego zaskoczenia? Łups, zły adres, spróbuj Killah Priesta albo Blacastana.
Wypada jednak nadmienić, że parę przemyśleń tu Kris przemycił, w tracku historycznych czy tym o dłoni i pięści, trzeba chyba jednak odwagi, by w poprawnym politycznie świecie A.T.C. (Anno Typical Cats, sorry ty na górze, panowie z T.C. was zdetronizowali z nowym, świetnym albumem, ochłońcie lepiej) 2010 mieć jakieś wyraziste poglądy. To idzie chyba na plus dla KRS'a, choć innych mogą te popisy erudycji w skitach i wspomnianych songach odrzucać.
Nie da się też powiedzieć, żeby ten album był świadectwem ewolucji u Teachera. Ot, kolejny cd w jego bogatej dyskografii.


Powiecie, że można by zrobić taki kanon dla Ricka Rossa czy T.I., ale chyba od legendy z okresu boom bapu wymagamy więcej, co panowie boombapowcy?
Zapewniam was, że jak Rick Ross wypuści 20-tą taką samą płytę, to ja, albo mój syn, który będzie ten blog kontynuował w 2020, również wytknie to jako wadę.
Jak widzicie, tylko jeden podpunkt z "Kanonu Robienia Słabych Oraz Nudnych Egzaltacji" nie został spełniony. Dostaliśmy znów taki sam album.
W sumie można podsumować:

Plusy
+ Parę niezłych songów!
+ KRS to KRS, potężny głos, charyzma
+ pasująca do konceptu płyty produkcja, True Master zdał egzamin
+ odważne prezentowanie swoich poglądów (dla jednych)

Minusy
- znowu to samo, nie macie wrażenia, że KRS się powtarza?
- znowu to samo, nie macie wrażenia, że KRS się powtarza?
- znowu to samo, nie macie wrażenia, że KRS się powtarza?
- znowu to samo, nie macie wrażenia, że KRS się powtarza?
- nachalne atakowanie swoją ideologią (dla drugich)
- dziwaczna okładka
- zero progresu


Ile jeszcze tak można? Ile czasu mu zajmie dojście do wniosku, że może 50-ta taka sama płyta jest światu i wszechświatu niepotrzebna, i zawiesi majka na kołku?
Pól biedy by było, jeśli KRS by istotnie całkowicie się wcielił w pastora hip hopu i rozdawał ten cedek w kościołach za darmo. Jednak KRS czeka na wasze pieniądze, i liczy, że nie wydacie ich jak srebrników na 50 centa i Lil Wayne'a.
Nie wiem, ile ten album będzie kosztował, i czy będzie warty swojej ceny, ale jestem pewien, że wymieniłbym cały nakład tego zbytecznego bełkotu na zwrócenie choć jednego życia zgaszonego w World Trade Center. I to bez zastanowienia.

niedziela, 15 sierpnia 2010

Tha Dogg Pound- 100 Wayz [August 17, 2010]


Ocena:



Duuet DPG, czyli Dogg Pound Gangstaz, czyli panowie Daz Dilligner i Kurupt Young Gotti (też nie wiem czemu ci murzyńcy tak pragną być z gangsterami kojarzeni, co innego O.S.T.R.), to, jak wiemy, dość znani przedstawiciele wybrzeża zachodniego, które radośnie i po cichu dogorywa od tragicznego zejścia TuPaca Shakura.
Wsławili się kserowaniem Tego Typa Mesa i (niby)robieniem g-funku, czyli nurtu, który dał nam kilka naprawdę świetnych klasyków. Ich debiut, "Dogg Food", także należy do najczęściej wymienianych petard związanych z L.A. Od tego czasu minęło jednak 15 lat, W tym czasie Daz i Kurupt zdążyli się dissować, pogodzić, wydać parę nieimponujących płyt jako grupa i kilka niezłych (Kuruption!) płyt solowo. Teraz dają nam kolejny swój projekt.


Na wstępie od razu powiem, nie ma tu praktycznie niczego ciekawego. Wysłuchałem ten album w całości, i tylko na jednym kawałku (Dogg Pound Gangstaz) zachciało mi się zrobić repeat.
Tak niespójnego, poskładanego z niepasujących do siebie klocków albumu dawno nie słyszałem.
Otóż wyobraźcie sobie, że płyta zaczyna się w tradycyjny dla chłopaków sposób, czyli od gangsterskiego "All You", na którym zwłaszcza Daz zabłysnął. Potem mamy świetne wspomniane "Dogg Pound Gangstaz", nawiązujące do najlepszych lat panów z Psiego Schroniska (?).
Potem jednak nie wiedzieć czemu, zaczynają się wypełniacze. Wiem, że teraz są one wszędzie, ale tutaj z nimi przesadzono chyba. Na 17 tracków mamy ich chyba z 6 (Gotta Let You Know, Cheatn Ass Lover, Good Pussy, Fly Azz Fucc, Do U Drank, Spread Tha Luv), co jest liczbą zdecydowanie za dużą. Na tych songach Daz i Kurupt w otoczeniu mniej (Snoop) lub bardziej (RBX, Lady Of Rage) udanych guest apirensów śpiewają albo rapują o rzeczach absolutnie zbędnych i nieistotnych.
Ktoś powie, że taki jest g-funk, ale zastanowi się ten ktoś lepiej, czy można ten cd nazwać g-funkowym?
Bo piszczałkowo-talkboxowych akcentów jest tu jak na lekarstwo, i to takie mini-lekarstwo, że nawet nie musisz się konsultować z lekarzem i farmaceutą.
Niektóre bity są wyjęte żywcem z horroru (Anotha Clip, Crazy N Tha Club), niektóre średnie (Skyz Tha Limit, Good Pussy, Smell N Like Brand New Money, Fly Azz Fucc), ale g-funku w nich praktycznie zero. Mamy tu jakieś dziwaczne bangery, jakiś koszmarny eksperyment z pseudo-bangerskim głównym motywem wzbogaconym o cuty i skrecze (!) niczym z któregoś cd Gang Starr ("Crazy N Tha Club" się to "cudo nazywa"), potem jakieś minimalistyczne hiciory, chyba najgorszy track tego roku czyli "Good Pussy" brzmiący jak odrzut z "808's & Heartbreak" (w interpretacji Tiesto). Nie ma tu żadnej magii, żadnego przyciągania, żadnego luzu, chillu, poza nielicznymi wyjątkami które jednak toną w zalewie przeciętności i katorgi dla uszu i umysłu.
No serio ziomy, "Dogg Food" czy "Kuruption" były tak zacne, że mogły z powodzeniem służyć nawet za wytłumaczenie przemocy Mela Gibsona wobec Oksany, a nawet za wymówkę solidną, jakby cię zastali w łóżku z posłanką Kempą. Po prostu miały jakość, luz, charakterystyczność, iskrę.
"100 Wayz" ma tyle co wdzięku co gruba baba w bikini na basenie i tyle naturalności co uśmiech Jarosława Kaczyńskiego. Na palcach ręki sapera dotkniętego autyzmem da się tu policzyć momenty, w których produkcja skłania do naciśnięcia "repeat" (w Winampie, bo kupować tego nie zamierzam, sorry).
Raz bangier, potem pościelówa, potem g-funk, potem minimalistyczny bangier, potem skrecze i cuty, by zakończyć nie wiadomo czym.
Za produkcję pewnie dałbym 1,5/5, jakby cząstkowo oceniał.
Może warstwa liryczna uratuje ten cedek? Jakież to ciekawe myśli przemyca tym razem zbiorczo Durupt (Daz+Kurupt, beka co)?
Może jakiś ciekawy storytell, może jakieś mocne, najeżona panczami bragga, albo chociaż coś, co przypomni stare dobry czasy i 1995 rok? Albo chociaż kurwa może raczą powiedzieć, czy wg nich krzyż na Krakowskim powinien pozostać?
Nie, nic z tego. Mamy tu mix paru całkiem dobrych tekstowo songów (I Fears No One, I Dont Care, Otha Side Of Town, All You, Dogg Pound Gangstaz) z trackami, które obok średnich nawet nie leżały. Mamy masakryczne śpiewanie w "Good Pussy", mamy rozlazłe pościelówy (Spread Tha Luv), mamy ghostwritowane chyba przez Wacka Flockę "Smell N Like Brand New Money" i nagrywane pod okiem Basshuntera "Crazy N Tha Club".
Nie tędy droga panowie, jakoś Dre czy Snoop, czy nawet wasze młodsze wersje nie przemycały wielkich życiowych prawd, ale wasze flow, wasza charyzma pozwalała o tym zapomnieć.
Tutaj poza nielicznymi wyjątkami od Kurupta (Anotha Clip, I Dont Care, All You) rap jest zupełnie prosty, zwyczajny, wypadający drugim uchem.
Jakie zalety ma ta płyta? Argumentowanie w tej kwestii zostawię psychofanom zachodu, czyli tym durniom, którzy wierzą, że jakiś tam Bishop Lamont czy inny Crooked I przywróci L.A. blask z lat 90-tych. Może coś znajdziecie.
Ok, ale obiektywnie

Plusy
+ ...
+ ...
+ parę linijek Kurupta
+ ze 4 znośne a nawet fajne songi w sumie są
+ nieźle nawet goście wypadli

Minusy
- WYPEŁNIACZE
- NIESPÓJNOŚĆ
- zero jakiegokolwiek replay value
- praktycznie zero jakiegolwiek zachodniego vibe'u
- fatalna w większości produkcja
- leniwy Daz, zagubiony Kurupt
- paskudna okładka
- zabrało mi cenny czas, który mogłem przeznaczyć na lepsze płyty.

Nie wiem naprawdę, komu ten album polecić? Może głuchym? Nie, okładka też nieładna.
Może głuchym i ślepym? Nie, płyta pewnie będzie kosztować +50zł. Może więc ślepym, głuchym którzy znaleźli 50 zł w kieszeni? Nie, lepsze inwestycje muzyczne mogę sobie wyobrazić...
Cóż...
Polecam ten album zatem Dazowi i Kuruptowi, ażeby go sobie wsadzili w dupsko, i docisnęli ogromem rozczarowania fanów, jak gładko nie będzie wchodzić.

PS: Miejmy nadzieję, że Ice Cube nie zawiedzie.