sobota, 15 stycznia 2011

Oczekiwania w roku 2011

2010 rok był mocny dla rapu. Nie zrobiłem wprawdzie obiecanego podsumowania, ale w sumie komu chciałoby się znowu czytać o "My Beautiful Dark Twisted Fantasy" czy "Recovery", skoro można robić inne ciekawsze rzeczy?
Jak patrzysz w przyszłość, i nie wiesz, na co w 2011 czekać, to sprawdź poniższe zestawienie. Wpisy będzie oddzielać szlaczek z Adamami "O.S.T.R." Ostrowskimi, coby mikrobeki nie zabrakło.

Oto one, 10 płyt, na które najbardziej w nowym roku czekam, po 5 na mainstream i podziemie:



MAINSTREAM



Lil Wayne- Carter IV

Wiadomo, że Weezy jest dobry zawsze. Ten cedek, czyniący z serii kwadrylogię, ma szansę na stałe ustalić miejsce Wayne'a w panteonie mainstreamowych rap-bogów.
Oczekuję tego, co Dwayne dostarcza od tylu już lat, absurdalnych czasem panczy, dobrego flow, jakiegoś nowego singla, który znowu pobudzi truskulowców-forumersów razem z ich folderami mp3 do buntu, i stękania, że nie tak to się robiło w 1992.
Zamknij kurwa dupę lepiej i zobacz, co na wordpressie pisze Masta Ace.

Nadzieje:
1. Jay-Z i Eminem na featuringach
2. Powrót Mannie Fresha
3. Milion sprzedanych kopii w pierwszym tygodniu
4. Zapowiedź Cartera V zaraz po premierze
5. Po cichu liczę na Kanyego na bitach.

Co może zawieść?
1. Producenci, lepiej, by byli to sprawdzeni bitmejkerzy, niż wynalazki pokroju Bangladesha.


Jay-Z & Kanye West - Watch The Throne

Prawdopodobnie dwie najważniejsze persony rapgry obecnej dekady (+ Eminem, i jest Święta Trójca) zelektryzowały fanów wiadomością o wspólnej płycie. Co prawda rok 2010 należy raczej do Westa (genialna płyta, więcej hałasu wokół własnej osoby) niż Jaya (kilka pięknych featuringów), niemniej jestem przekonany, że to dalej Hova jest tym większym. Liczę, że będą się pięknie uzupełniać. Jest takie wewnętrzne przekonanie, że rap nie mógł dalej zajść w kierunku ideału, niż w punkt, w którym spotykają się drogi Jaya rapera i Westa producenta.

Nadzieje:
1. Płyta W CAŁOŚCI WYPRODUKOWANA PRZEZ WESTA
2. West w dobrej dyspozycji lirycznej
3. Zero featuringów

Co może zawieść?
1. Ktoś inny robiący podkłady, serio.
2. Marni goście, niepotrzebnie naćkani.


J. Cole - Title TBA

J.Cole zasługuje na legal, dowiódł tego swoimi świetnymi mikstejpami, a także zwrotką na "Blueprint 3". Nie wiem w sumie, czego oczekiwać po tym. Raczej nie będzie takie, jak debiuty B.o.B i Drake'a, prędzej uderzy w podobne tony co Lupe Fiasco. Pozostaje tylko poczekać, i sprawdzić.

Nadzieje:
1. Forma liryczna z mikstejpów
2. Jakiś dobry roster mainstreamowych producentów, torujący mu drogę do kariery
3. Jay-Z na featuringu, wiadomo.
4. Bez jakichś udziwnień proszę

Co może zawieść?
1. Sam J.Cole, niepotrafiący udźwignąć całości poważnego przedsięwzięcia, jakim jest legal, to już nie mixtape, drogi panie.



(Young) Jeezy - TM103

Brakuje mi trochę tego wariata w 2009 i 2010, mikstejpy to nie wszystko. Brakuje tej jego "pierdolę wszystko" postawy, chrypliwego głosu, komicznego czasem moralizowania, wersów o dillowaniu, i jego genialnego ucha do bitów. Mam nadzieję, że 2011 będzie rokiem Snowmana, i że ten album podejmie równą walkę z "Carter IV" o koronę na południu.


Nadzieje:
1. Jeezy bez zmian, naprawdę jego styl jest kompletny, swagger całkowicie dobry.
2. Dużo ad-libów
3. Jay-Z na featuringu
4. O bity jestem spokojny, ale niech będzie, piękne bangery producenckie
5. Wyśmiewanie Guru, obsrywanie 5 elementów, czyli to, co czyni rap pięknym.

Co może zawieść?
Nic.


Beastie Boys- Hot Sauce Committee, Pt. 1

Naprawdę świetne trio z Nowego Jorku jeszcze ani razu mnie nie zawiodło, ludzie zapomnieli chyba, że oni dalej się dobrze sprzedają i grają, jakby lata nie przybywały. Poprzedni album, "To The 5 Boroughs", można by tym wszystkim jojczącym o śmierci hip hopu przygłupom z Nowego Jorku postawić za przykład brzmienia, jakie NYC powinno mieć. Naprawdę, będzie to ważna pozycja roku 2011, co prawda przełożone póki co, i ma wyjść zamiast tego wcześniej, i przekornie, część 2, to ja i tak czekam. I oczywiście życzę panu MCA wygranej walki z nowotworem, oby tobie się udało tam, gdzie poległ ostatnio nasz wielki Konrad.

Nadzieje:
1. Chłopaki w stałej dobrej formie
2. Zwyczajowo pomieszane i pokręcone lyricsy
3. Zwyczajowy świetny muzyczny kolaż
4. Featuringi tak dobre, jak ten Nasa

Co może zawieść?
1. Hmmm, może to w ogóle w 2011 nie wyjść, to może zawieść. Nic innego.


Obiecany szlaczek:


TRUSKUL



K-Rino- The Alien Baby

K-Rino to najwybitniejszy wg mnie podziemny raper w historii. Człowiek, którego warsztat jest kompletny. Od lat zadziwia i czaruje konceptami, techniką, życiowymi historiami. Czekam na każdy jego album jak na narodziny dziecka (no, prawie). Nie otrząsnąłem się do końca po tym, jak rozpierdala "Duality" z poprzedniego albumu, a tu zapowiedź następnego. Premiera już naprawdę niedługo, oczywiście psychofańska recenzja się pojawi.

Nadzieje:
1. Kolejne świetne pomysły na storytellingi
2. Zwyczajowy genialny mix tracków braggowych z tymi z bardziej cwanym zamysłem
3. ZERO FEATÓW (to akurat się sprawdzi, nie ma gości na tej płycie)
4. Podobny poziom bitów, co na "Annih..." nie znoszę długich tytułów, co na ostatnim cd (tym podwójnym, no tym, wiecie, no ok wam kurwa niech będzie pedały, co na "Annihilation Of The Evil Machine")

Co może zawieść?
1. Mogą zawieść producenci niestety.


Kool G. Rap - Riches, Royalty & Respect

"Your favorite rapper's favorite rapper"- to wystarczy.
Kool Genius to najprawdopodobniej najwybitniejszy raper najlepszego (3 x naj co) okresu dla tej muzyki. Pozostaje udowodnić, że powroty legend z golden age'a nie muszą się kończyć poziomem "The Seventh Seal". Wystarczy naprawdę niewiele, dobrzy nowojorscy producenci (Buckwild, Preemo, może trochę zapomniany Havoc?), gangsterskie mroczne historie, może trochę wielokrotnych- legendom nie trzeba wiele, by wzbić się powyżej poziomu nawet najbardziej starających się pastuchów debiutujących w latat 2001-2010.

Nadzieje:
1. G Rap, któremu się chce (głównie flow mam na myśli)
2. Solidne featuringi (Raekwon przede wszystkim!)
3. Mocne, nowojorskie, mroczne bity
4. Wielokrotne, uliczne krwawe historie

Co może zawieść?
1. Rozleniwiony G
2. Słabi producenci, albo Preemo dający znowu jakieś odrzuty


Pharoahe Monch- W.A.R.

To już 5 lat bez żadnego gorącego materiałiwa (?) od Faraona, a rapgra potrzebuje jego sepleniącej persony, by być tym, czy miała być w zamysłach Kool Herca i Lil Wayne'a, gdy tworzyli tę piękną kulturę w latach 70-tych.
Singiel, który wyciekł, czyli "Shine", zrobiony przez Diamonda, choć bit marny, to ma pięknie poskładane wersy Moncha. Liczę na rozpierdol liryczny, Monch jeszcze mnie nie zawiódł.

Nadzieje:
1. Liryka Moncha
2. Technika Moncha
3. Pomysły Moncha
4. Bity Diamonda (może wszystkie?)

Co może zawieść?
1. Nic do głowy mi nie przychodzi


Chino XL- The RICANstruction

Czekam na coś od tego latynosa już tyle czasu, ile można jeszcze? Ile można dopracowywać jeden album? Co on może robić przez te wszystkie lata? Robi cd z braggadocio jak dwa pierwsze albumy, czy z konceptami, jak drugi? Czy pancze będą i dlaczego będą genialne? Czy gen. Błasik był w kabinie pilotów? Odpowiedzi na te pytania już ponoć bardzo niedługo...

Nadzieje:
1. Chino XL czyli- pancze, koncepty, cała jego niesamowita postać.
2. Jakaś zacna kolaboracja z innym geniuszem lirycznum (Canibus czy Priest)

Co może zawieść?
1. Nie wiem.



Tak to wygląda dobre ziomy (i koleżanki, bo wiem, że są także czytelniczki bloga z dziurką, komentujcie śmiało także).
Czekam jeszcze na inne płyty, wiadomo, Immortal Technique (!), Tonedeff & Kno, Dr. Dre, The Game, Fashawn, Madvillainy 2 (!), AZ, Royce, Raekwon, Brotha Lyncha, Fabolous, 50 Cent, Curren$y, Yelawolf, Wayne & Birdman, GZA (!), Ghostface, Lupe, Brother Ali (!), kolejny świetny na pewno cd Big Boia, solówkę Pushy z Clipse i wiele innych. Zapowiada się dobry, kolejny dobry rok dla rapsów. Będzie co recenzować, czym się jarać, czym rzucić w twarz marudzie smęcącej o śmierci rapu.
Szykujcie się.
Przy pisaniu zapowiedzi posiłkowałem się stroną hiphopdx.
HipHopDX prezentuje zapowiedzi płyt z 2011, polecam ten link.



















Aha, syn chyba będzie miał na imię Krystian. Props czy hejt?

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Vinnie Paz- Season Of The Assassin [June 22, 2010]


Ocena:


Krótkie słowo wstępu, ta recenzja to gościnny występ nuka, forumowicza h-h.pl i ślizgu, znanego z zamiłowania do Necro, JMT i La Coka Nostra.
Nie ingerowałem w treść jego recenzji, ocena u góry także jest jego, zresztą taka sama, jak moja.
Obrazki i komentarze oczywiście moje, poznacie po jakości dowcipu.
Taka mała odmiana na początek 2011, bo ileż można czytać te same marne dowcipy i tępe argumenty w wykonaniu szefa tego bloga.
No, to pokaż im nuku.


„W życiu piękne są tylko chwile” śpiewał pewien znany narkoman. Niezależnie od tego w jak wielkiej znajduje się depresji (biorąc moich znajomych z gadu gadu za grupę reprezentatywną i studiując ich opisy, mogę pokusić się o stwierdzenie, że choroba ta dotyczy dużego procentu społeczeństwa) faktem jest, że każdy z nas takie chwile w życiu przeżył. Nie potrafię oczywiście wszystkich swoich wymienić. Pamięć o części z nich została niestety zatarta wraz z upływem czasu. Na szczęście wspomnienie ubiegłego roku jest nadal żywe, dzięki czemu mogę powiedzieć, że premiera płyty Vinnie Paza z całą pewnością do nich należała.


Don't hate him cause his pink cap is beautiful


Wyobraźcie sobie typa, który pewnego dnia rzucił w kąt wszystkie wcześniej posegregowane materiały potrzebne do dokończenia pracy licencjackiej tylko po to, żeby móc w spokoju przesłuchać nowy album Vinnie Paza.
To jeszcze nic, pod wieczór ta sama osoba, półprzytomna od upojenia, z flaszką w prawej ręce i grającym telefonem w lewej starała się przekonać wszystkich obecnych, że mają natychmiast wrócić do domu i oddać się przesłuchiwaniu tego wydawnictwa*.

Tak, ten typ to ja. Die hard fan wszystkiego, co dumnie nosi logo Jedi Mind Tricks na okładce (Ok, płyty Demoza nie przesłuchałem, ale z tego co wiem prawie nikt tego nie zrobił, bo pajac wrzucił ją sam do Internetu, ale zapomniał ,że jeśli nie potwierdzi swojego uploadu na rapidshare, to plik będzie dostępny tylko dla 10 pierwszych osób – mówię serio, nie wiem jak jest teraz, ale wtedy były takie ograniczenia). Teraz wyobraźcie sobie jak się czułem, kiedy do końca roku udało mi się znaleźć tylko jedną polskojęzyczną recenzję tej płyty. Na dodatek w tym jednym tekście głos wzięła osoba, która dotychczas z twórczością Pazienzy nie miała nic wspólnego. Zaryzykowałbym stwierdzeniem, że album został potraktowany jako taki, który wypada opisać, bo polski fanbase w pewnym sensie domagał się tego.
Nie mówię, że recenzja była zła, jednak taki weteran sceny jak Louie Dogs zasługuje na coś więcej.


Album wyszedł nakładem Enemy Soil (label Vinniego) w kooperacji z dotychczasową wytwórnią JMT – Babygrande Records. Początkowo miał się nosić nazwę po popularnej grze komputerowej tj. „Assassins Creed”. Pomysł ten nie przetrwał, powodu można doszukiwać się między innymi w fali hejtingu ze strony forumowiczów Babygrande, którzy szybko zaczęli przerabiać artworki z gry, doklejając głównemu bohaterowi nieco pulchniejszą i mniej urodziwą twarz Vinnie Paza. Niestety tych prac nie udało mi się odnaleźć, ponieważ zarząd wytwórni postanowił ostatecznie rozprawić się z niewygodnymi użytkownikami usuwając wszystkie tematy i zakładając zupełnie nowe, w pełni moderowane forum.
Już przed wydaniem „Season of The Assassin” wiadome było, czego można się spodziewać po gospodarzu. Vinnie posiada dość bogatą dyskografię, i przyzwyczaił swoich odbiorców do tego, że jego ulubionymi tematami jest zarówno rapowanie o pistoletach i walce wręcz jak i teorie spiskowe oraz wątki związane z religiami świata. Można powiedzieć, że na tej płycie trochę zaskoczył. Oczywiście, znaczna część płyty to właśnie te typowe dla Pazmana rapowanki, jednak pojawiają się też bardziej zaskakujące numery. Nie mógłbym nie wspomnieć o humorystycznym „Bad Day”, który traktuje o tym, jak świat zaprzysięga się przeciwko bohaterowi, żeby tylko spierdolić mu dzień. Oprócz tego dowiadujemy się jak grubasek sprawdza się na podrywie.

„This bitch laying next me, she look like Cassius Clay
Gotta Get outta here before she asks me to stay
I Don’t know how I got here in the first place
She had a banging body but she had the worst face”


Ciekawym punktem płyty jest zamykający ją “Same Story (My Dedication)” który jest swojego rodzaju wzruszającą „laurką”, napisaną dla przyjaciela matki rapera.
Dla ojczyma dokładnie.
Utwór ten wyciekł do Internetu przed premierą płyty, jednak ostatecznie pojawił się na zmienionym podkładzie.

Przygotowując się do napisania recenzji sprawdziłem listę najczęściej odtwarzanych utworów Pazienzy na portalu społeczności muzycznej Last.fm. Bardzo mnie zdziwiło, że na pierwszym miejscu znajduje się konspiracyjny „End Of Days”. Przyznaję, Sicknature przygotował masakrujący bit z pianinem, Block McCloud wprawdzie Kamilem Bednarkiem nie jest, ale nawet nie denerwuje śpiewem. Zaskoczeniem jest jednak, że sam tekst dupy nie urywa. Jest poprawnie, ale słuchając ma się wrażenie, że to wszystko już gdzieś było (pisząc” gdzieś” mam na myśli poprzednie płyty i featuringi Vinniego). Zawsze wydawało mi się, że akurat jeśli chodzi o Vinnie Paz’a, to jego słuchacze przykładają wagę to tego co raper na bit kładzie.

W okresie pracy nad płytą Vinnie był bardzo rozchwytywanym, głównie przez swoich kolegów, raperem gościnnym. Spowodowało to, że w moich oczach bardzo zbliżył się do Snoop Dogga, który jest świetnym przykładem muzyka, któremu nie chce się już za bardzo pisać (przynajmniej dla gości) i woli wybrać kilka wersów ze swoich starszych kawałków, połączyć je, lekko zmienić, by ostatecznie sprzedać jako fresh shit. Na szczęście moje obawy się nie sprawdziły, Vinnie naprawdę przyłożył się do warstwy tekstowej na swojej solówce. Bez problemu przychodzi mu pisanie rymów wielokrotnych, pojawiają się ciekawe i często humorystyczne linijki jak np.

„My shit Hi-tech lord like a plastic bomb
an asshole, i punch people with glasses on”

“I turn you from a fan to hater
feeling myself like I’m a chronic masturbator”


Niestety gorzej przedstawia się sytuacja z flow grubaska. Jest ono praktycznie niezmienne, owszem, w niektórych momentach raper próbuje czasem przeciągnąć bardziej wyrazy, jednak z bólem serca muszę powiedzieć, że progressu nie odnotowano. Ale i tak jest lepiej niż nieźle, niezmienność flow nie przeszkadza tak bardzo jak podczas odsłuchiwania „Severants In Heaven, Kings In Hell” JMT.
Zaproszeni na płytę goście znacznie różnią się od Line up’u, który pojawiał się na płytach Jedi Mind Tricks. Jednym rapującym tutaj członkiem Army Of The Pharaohs jest Demoz, którego zwrotka w samym środku „Brick Wall” skutecznie zmusza słuchacza do przeskipowania numeru. Pomijany jest tym samym bardzo dobry występ Ill Billa. Miłym urozmaiceniem jest duet Clipse, który świetnie płynie po singlowym „Street Wars”

„Still with the coke Man, same as it ever was
Re-Up Gang, we the shame of America”


Uwaga, nuk ubolewa.

Strasznie mnie boli okrojony występ Sick Jackena. Jestem wielkim fanem tego rapera i uważam, że zasłużył na coś więcej niż tylko refren.
Ból jest jeszcze większy, kiedy spojrzę na track numer 17, w którym gościnnie występuje Paul Wall. Mam nadzieję, że miał to być zabieg marketingowy, ponieważ raper z H-Town nie pasuje do klimatu płyty.
Szczęście w nieszczęściu, że Pazienza nie postanowił dopasować się do Pawła Ściany i polecieć wersy w jego brrrrrrudnych klimatach. Jest klasycznie.
Wspomniany przy okazji „End Of Days” Block McCloud ma swój udział w trzech numerach na płycie, jednak sprowadza się on do odśpiewania kilku wersów służących za refren. Najmocniejszym występem gościnnym jest oczywiście ten R.A. The Rugged Mana. Myślę, że nikt nie miał co do tego wątpliwości. R.A. jest raperem, który sprawił ,że nawet jego idol czyli Kool G Rap, na ich wspólnym tracku nie błyszczał tak jasno jak zwykł.

„Everybody hate me cause i stay true to the facts
the ku klux klan hate me more than jews and blacks”


Nic więc dziwnego, że R.A. po raz kolejny zjadł osobę zapraszającą go na album.
Oprócz wymienionych wcześniej, na albumie pojawiają się również trzy wokalistki – Shara Worden, Amelie Bruun i Liz Fullerton (znana między innymi z trip hopowego projektu Stoupe’a – Dutch), a wersy na pętle rzucają Beanie Sigel, Freeway i mniej znany Jakk Frost.


To nie spam, ty też możesz schudnąć, czytaj dalej...


Lista producentów albumu jest długa i zawiera wiele znanych i szanowanych osób. Jako że jest to płyta solowa – zabrakło znanego z Jedi Mind Tricks Stoupe’a, jednak nie zabrakło bitów brzmiących jakby były żywcem wyjęte z jego pracowni.
Mam tu na myśli głównie „Kill’Em All” z labolatorium C-Lance’a. Są tu jednak bity, które nigdy nie znalazły by się na JMT – najlepszym przykładem jest „Ain’t Shit Changed” od MTK.
Jestem przekonany, że redaktor naczelny bloga w pierwszych sekundach tego utworu wyobrażał sobie, że za moment bit zostanie pobłogosławiony rapem jednego z najlepszych mainstreamowych raperów, który w 2003 uraczył nas ponadczasowym klasykiem, oraz śpiewem jego boysbandowego zioma. Tematem oczywiście byłoby to, że są znudzeni używaniem technologii (redtube?) i pragną zabawiać się z prawdziwymi kobietami. Cóż, niż tego – na bit wchodzi Vinnie i opisuje swoje życie. Sorry Sieah.
Świetne instrumentale podesłali Lord Finesse, Dj Muggs, Shuko, Stu Bangas, Sicknature, Bronze Nazareth czy 4th Disciple. Najsłabszym muzycznym punktem płyty jest dla mnie utwór „WarMonger”, który zupełnie nie pasuje do Pazienzy , co niestety daje lekki efekt trochę komediowy. Oczywiście to tylko moja opinia.

Czas powstawania albumu był stosunkowo długi, jednak z całą pewnością opłacało się czekać.
Vinnie Paz podarował nam wydawnictwo, które bez problemu zjadło ostatni pełnoprawny album Jedi Mind Tricks – „A History Of Violence”. Pomimo zróżnicowanych producentów, zabrakło tu dużej ilości eksperymentów z brzmieniem, jednak wydaje mi się, że to plus.
W przypadku Pazienzy lepiej dostać płytę, która mimo braku szaleństw bitowych - daje satysfakcję słuchaczowi, niż wystawić się na żer hejterom i fanom dirty southu, którzy zaraz by znaleźli milion innych raperów z Young albo lil przed ksywą a potrafiących zrobić lepszy benger.

Najlepiej płytę podsumowuje wers z “Ain’t Shit Changed” – „ Ain’t a goddamn thing gonna change, i’m still the same Vinnie”. Gorąco polecam. Dla mnie 4/5.

Plusy:
+ Jest klasycznie
+ R.A. zniszczył
+ Vinnie Paz pokazuje się z trochę innej strony
+ Dobre bity, propsy za 4th Disciple & Bronze Nazaretha
+ Teksty, rymy
+ Humor

Minusy:
-Monotonne flow (od paru płyt)
-Brak spójności
-Demoz
-Bit do WarMonger


I'm too sexy for this blog, I'm too sexy for this blog

piątek, 31 grudnia 2010

Recenzje w pigułce vol. 2

Whoa, a to był vol.1?- spyta się statystyczny obserwator tego blogaska.
Otóż był, w czerwcu- http://rapbzdury.blogspot.com/2010/06/it-was-best-of-times-rok-2010.html
Czas jednak leci jak szalony, i to już 6 miesięcy od tamtego wpisu sobie minęło. Rapsy nie stały w miejscu, raperowcy również, pojawiły się pozycje wybitne, średnie, marne, i przemarne.
Jeśli masz za mało inteligencji/wiedzy/ikry do stworzenia sobie własnego obrazu na tegoroczne premiery, to kontynuuj.





JESTEŚ PRAWIE JAK GOSPODARKA CHIN I PRAWIE JAK KANYE, SERIO, bitch.
Bardzo mocne, równe płyty, które narobiły zamieszania na moich listach.


Skillz- The World Needs More Skillz
Ocena 4,5/5

Plusy
+ WYBITNA PRODUKCJA
+ Skillz w dobrej fomie
+ tracki o kobietach, które nie są wypełniaczami marnymi, brawo
+ fajny klimat
+ świetne refreny

Minusy
- hmmm
- cóż, wielkim jakimś tekściarzem to Skillz nie jest


John Regan- Sorry I'm Late
Ocena 4,5/5

Plusy
+ ładne zróżnicowanie liryczne
+ świetna produkcja
+ dobre koncepty
+ osobista, przemyślana, równa płyta
+ znów refreny
+ odpisał na wiadomość na www.itsbx.com

Minusy
- nie ma, choć trochę słychać, że to pierwsze kroki Johna w rapgrze


Te 2 płyty są na tyle wybitne i na tyle nieuwzględnione w normalnych moich recenzjach tutaj (też nie wiem, o co chodzi), że mają taką właśnie odrębną kategorię. W tym wypadku "prawie" wcale nie robi wielkiej różnicy.
------------------------------------------------------------------------




JESTEŚ TAKI YCD!!
Wydałeś bardzo dobrą płytę, istotną w tym roku, nie zawiodłeś oczekiwań.


Blacastan- Blac Sabbath
Ocena 4/5

Plusy
+ bardzo mocne lirycznie
+ sporo fajnych konceptów
+ atakuje również dobrą techniką
+ ogólnie- klimat jak na pierwszej płycie Immortal Technique'a
+ tyle, że z lepszymi bitami...

Minusy
- ...nie zawsze niestety jednak, to w zasadzie jedyna wada
- potrafi trochę zmulić


Bizzy Bone- Crossroads 2010
Ocena 4/5

Plusy
+ sporo serca włożonego w rapowanie
+ zróżnicowanie liryczne
+ osobista, czasem refleksyjna płyta
+ dobrze śpiewa (tak powinien brzmieć Wayne na "Rebirth")
+ znakomite bity

Minusy
- ze dwa marne wypełniacze
- głos Bizzka może wiele osób wkurwić


Fat Joe- The Darkside Vol.1
Ocena 4/5

Plusy
+ świetny powrót Grubego
+ mocne, uliczne bity
+ w większości dobra nawijka Józka
+ słychać, że mu się chce

Minusy
- odkrywcza lirycznie to nie jest
- parę osób może kręcić na niektóre co dziwniejsze bity
- wypełniacz
- dość słabe featuringi


Killah Priest- The 3 Day Theory
Ocena 4/5

Plusy
+ jak to zawsze u Priesta teksty, koncepty, storytelle
+ dobry mistyczny klimat
+ mocni goście

Minusy
- jak to zawsze u Priesta, flow
- potrafi ten cd zmulić


Young Buck- The Rehab
Ocena 4/5

Plusy
+ bardzo mocna produkcja
+ na której Bucku z chęcią i pasją jedzie z koksem
+ flow, głos

Minusy
- brak fajerwerków w warstwie lirycznej
- trochę martwi brak gości



Devin- Gotta Be Me
Ocena 4/5

Plusy
+ wyruchał sporo dobrych dupeczek na tej płycie
+ spalił tony ziela
+ wydoił hektolitry szampanów
+ a to wszystko do zacnych duszących bitów

Minusy
- ciekawe ile cierpliwości będę miał do Devina nagrywającego to samo od lat
- wiadomo, jakichś killerów-linijek tu nie znajdziecie


8ball & MJG- From The Bottom 2 The Top
Ocena 4/5

Plusy
+ solidna dawka bangerów
+ legendy w formie, 8Ball trochę lepiej brzmi niż na "Ten Toes Down"
+ wszystko to, co w południu najlepsze
+ bardziej dopracowana niż poprzedniczka

Minusy
- hejterzy będą narzekać, że znowu tylko o kurwach


Curren$y- Pilot Talk, Curren$y- Pilot Talk 2
Ocena 4/5

Plusy
+ obie płyty wspaniale wyprodukowane
+ poprawiające się z każdym miesiącem flow Currensjego
+ godny następca Devina
+ kolejny brylant z południa

Minusy
- jeszcze tylko poprawi technikę, pancze i będzie wybitnie


Copywrite- The Life And Times Of Peter Nelson
Ocena 4/5

Plusy
+ świetna, wielowątkowa warstwa liryczna
+ genialne pancze
+ doskonały klimat, ciężki, czasem smutny
+ sporo osobistych przemyśleń, wspominek

Minusy
- czasem zawodzi produkcja, i to bardzo

Warto też wspomnieć o płytach Buckwilda i Celpha, 7l & Esoteriku nowym, Black Milku i paru innych.
Sporo ogólnie płyt, które zasługują na mocne 4/5.
------------------------------------------------------------------------



JESTEŚ ULUBIONYM RAPEREM JUSTINA BIEBERA.
Rozczarowałeś, wypierdalaj.


Cassidy- C.A.S.H.
Ocena 2/5

Plusy
+ Cassidy w naprawdę dobrej formie
+ flow, pancze, technika- wszystko świetne wręcz

Minusy
- ale za te bity powinni kogoś ukrzyżować, najgorsze w tym roku
- wkurwia serio zmarnowany potencjał tego albumu
- beka z okładki


Twista- The Perfect Storm
Ocena 2/5

Plusy
+ ze 2, 3 dobre tracki są
+ czasem Twista przypomina sobie, jak dobrze jechać

Minusy
- średnia produkcja
- monotonia
- słabi goście
- kiedy on przestanie nagrywać single, a zacznie znowu robić płyty?
- jak cię Waka Flocka zjada energią na tracku, to czas myśleć o emeryturze


Diddy (Dirty Money)- Last Train To Paris
Ocena 1,5/5

Plusy
+ ze trzy fajne kawałki się znajdą...

Minusy
- reszta to jednak jakaś techniawkowo-dansowa mieszanka
- i pewnie ktoś mu to znowu napisał, nieudolnie zresztą


Juvenile- Beast Mode
Ocena 1/5

Plusy
+ nie ogłuchłem podczas słuchania tej płyty
+ a także nie spadłem z krzesła
+ nie zszedłem na zawał
+ nie spalił mi się komputer
+ nie zdechł pies
+ a Kaczor nie został prezydentem

Minusy
- nie starczyłoby miejsca

Dodać do tego rozczarowania z pierwszego rankingu, i te zrecenzowane w normalny sposób, i top 10 najgorszych płyt tego roku się uzbiera.
Dziękuję za uwagę.
------------------------------------------------------------------------

Podsumowanie roku 2010 niedługo. A tymczasem czas chyba zacząć świętowanie 2011. Nie żebym wam ścierwa miłej zabawy i dużo zdrowia życzył, ale do zobaczenia w następnym roku.
I tak tu wejdziecie, musicie.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Ghostface Killah- Apollo Kids [December 21, 2010]


Ocena:


Jakkolwiek ryzykownym posunięciem jest wypuszczanie albumu na krótki okres przed świętami (oficjalna premiera 21 grudnia), to Dennis Coles nie musi już gonić za wynikami na listach Billboardu, bo ikoniczna spuścizna Wu-Tang Clanu, i renoma budowana przez wybitnie solidną dyskografię solową, pozwalają mu na marketingową nonszalancję, i artystyczną swobodę. Otwartym pozostaje pytanie, czy akurat ten album chciałbyś znaleźć pod choinką 24.12 (inne wyznania, wybaczcie dyskryminację), i czy Bozia, św. Mikołaj i rodzące się niedługo dzieciątko, zrobione za plecami biednego Józka, świecić będą jasno nad "Apollo Kids".


Surowo oceniając marną jakość merytoryczną tego bloga, i czując, że nadszedł czas, by zabrać w końcu głos, 3 wybitne persony wracają zza woalu zaświatów, by pomóc nieporadnemu recenzentowi wykonać swoją robotę, czyli ocenić sprawiedliwie płytę.
Witamy:

2Pac, czyli ten optymista, z pasją, uduchowiony, skażony lekką domieszką poezji. Taki amerykański Eldo. W wolnych chwilach martwi się, co wyrośnie z czarnuchów w gettach.

Notorious B.I.G.- spec od tego, co gorące, cykające, mainstreamowe, wie, jak odpalić cygaro, jak on powie "bejbe bejbe!" to twoja kobieta zastanowi się, czemu spotyka się z takim frajerem, jak ty.

ODB- stary, brudny drań, który starości nie dożył, brudu za to zaznał, ile trzeba. Nie ma niczego ciekawego do przekazania, powiedział ochronie, że jest nowym specjalistą d/s powierzchni płaskich, czyt. sprzątaczem. Umarł, bo się zaćpał, ot, typowe.


W tak znakomitym gronie czas przejść do konkretów.
"Apollo Kids" to, jeśli dobrze liczę, 9 studyjna płyta od Ghosta, który zdążył w tym roku mocno nadwerężyć moje zaufanie, wydając, z Methem i Chefem, wyjątkowo paskudną i nudną płytę jako Wu Massacre. Pamiętacie zresztą moją recenzję, krótka, wkurwiona, pełna rozczarowania i prawie łez. O tym koszmarze zapomniałem szybko na szczęście. I zapomniał sam Ghost, który postanowił kontynuować to, co mu wychodzi najlepiej, czyli rapsy pełne slangowych przechwałek o tym, co nosi, nie tylko na dupie, ale także w kieszeni, z czego strzela, i czym imponuje dobrym dupeczkom.

O liryce porozmawiam z panem 2Pac'iem, powiedz im, Pac:
Piękne tu liryki, tęskne me spojrzenie pada na zagony
Wybacz matrono, serce me ciągnie do ojczyzny, za horyzont,
o umrzyj, jadzie Gorgony!
Zobacz Shakur na wolno masz tutaj prz...

ekhm
???
Sorry fakt, zapomniałem się, dawno nie miałem materialnego majka w dłoni, chciałoby się czasem puścić free dla kogoś innego niż te świętoszkowate nudziarze tam na górze.
Mój ziom Ghostface to prawdopodobnie najbardziej uliczny wariat, i najbardziej wariacki ulicznik, jakiego spotkacie w swym życiu.
Teksty nie są może piękne i budujące, nie potrafią opisać ani dać rady młodym czarnym braciom walczącym o przetrwanie w geccie. Ghostface nie rapuje o ulicy, on jest ulicą. Dlatego chciałem go w Death Row East, trudno o drugiego tak prawdziwego człowieka w tym gatunku muzycznym.
Brak głębi w tekstach na tej płycie trochę mnie smuci. Jednakże potem zdaję sobie sprawę, że pełno tu soczystych linijek, parę razy Tony zaprezentował wybitną technikę, jak choćby w "How You Like Me Baby", widać, że to stara szkoła rapu.
Mrok i agresja bijąca z tekstów mnie co prawda trochę mierzi, ale nie ma możliwości stwierdzenia, że te teksty nie są do bólu realne. A taki ma być hip hop.
Peace

Dzięki, Pac.

Martwi może rzeczywiście trochę brak zróżnicowania tekstowego, tematyka to głównie kurwy i ulica.
Ulica to jednak esencja tej muzyki, jej serce. Sam robiłem sporo ulicznych tracków, i do tej pory robię.
Odpowiem, co myślę o obecnym stanie rapgry, o Lil Wayne'ie, 50 Cencie, Eminemie i innych, wiem, że miliony ludzi chcą to wiedzieć. Otóż...

Może potem, Pac.

Coś w tym jest, tym bardziej, że można dodać "In Tha Park, które to jest trackiem wspominkowym Ghosta i frontmana The Roots, Black Thoughta.
To może być główna wada tej płyty, Ghost jako Ghost, nie zmienił się ten człowiek od debiutu.

ODB chce coś dodać?

ŁAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA MOJA RENKA PRZENIKA PRZEZ ABAŻUR!!!!!!!!

...
Nie podoba mi się także dość marny lirycznie "Handcuffin Them Hoes", bardziej by pasował na jakiś mixtape, mocno niedomaga ten track. Chyba można lepiej zrobić song disrespectujący kobiety.
Hymn ulicy 2010, piękne i chyba najlepsze z płyty "Ghetto, pozwala trochę zapomnieć o tym, że to kolejny song w tym samym klimacie, i rozkoszować się mrokiem nowojorskich alejek.
Grające rolę lasta, but not leasta, "Troublemakers" ze świetnymi Chefem, Redmanem i Mr.Methem idealnie kończy album całkiem mocnym pierdolnięciem.
Dodając do tego świetne flow, wspaniała charyzmę i genialną postawę w stylu "I don't give a fuck" pana Colesa, to już czasem bywa wręcz genialnie, inspirująco.
Po prostu przyzwyczaj się, że u Ghosta to nie poziom tekstów, ich złożoność, a raczej ich wariackość, przekładana slangiem i niewesołymi historiami z osiedla, decyduje o jakości.
Jak jesteś fanem Ghostface'a, i fanem wybitnie ulicznych, bandziorowatych klimatów, nie przeszkadza ci 3/4 płyty na tę samą modłę, to nawet tekstowo będzie ci się to podobać, ja tam odjąłem trochę za ten fakt monotematyczności, coby było, że rozumiem teksty po angielsku.

A jak sprawa z tym, co przygrywa do tekstów Ghosta?
Bity oceni Biggie, mój człowiek, jak idzie o to, co jest gorące.

Bejbe bejbe, te bity nie są mocne, w'sz'comówię, nie zrobi ten czarnuch z tego hita, w'sz'comówię, nie ma w ogóle ucha do bitów, a mi zarzucał śmieć pierdolony, że kseruję Nasa, haha, w'sz'comówię, jebać tego czarnucha, ten czarnuch może dostać za swoje, chodź tu, w'sz'comówię, marny waćpanie kurwa czarnuchu, czarnuchy kozaczą a boją się, w'sz'comówię, rozwiążemy to jak mężczyźni kurwa czarnuchu jak szlachcice uliczni, jak rodzina królewska z getta, zrobię z tobą czarnuchu takie disco, w'sz'comówię, kurwa czarnuchu, że będziesz robił kurwa czarnuchu Pretty Girl Rock jak Keri Hilson, dobra kurwa z niej, w'sz'comówię, z tej Keri, żałuję, że obijałem mordę Faith, choć w'sz'comówię, ta kurwa się ruchała z tym czarnuchem, którego nie zabiłem wcale, w'sz'comówię, tak tak, pamiętam o "Apollo Kids", no ok kurwa, powiem coś kurwa, w'sz'comówię, nie są takie złe kurwa, są uliczne kurwa, no kurwa uliczne, tak pojebanie uliczne, że kurwa w'sz'comówię pierdolę to. Czarnuch wiedział, że będzie z tego uliczny album, kurwa, w'sz'comówię, Pete Rock mój czarnuch, szkoda, że RZA tu nic nie produkował, kurwa, czarnuch wie, jak zrobić banger, kurwa, taki kurwa banger, że aż kurwa czarnuchy czują kurwa ciary na plerach.


New York, New York, big city of dreams...


Bejbe bejbe, respekt B.I.G. To może być to, Nowy Jork, co go określa? Oczywiście.
Klasyczne brudne bity początku lat 90-tych.
Co prawda konflikty między RZĄ (można tak zapisać?) a resztą klanu są znane, to jednak człowiek chciałby, by ten szaleniec znów coś zrobił, zaczarował po raz kolejny, przywrócił czasy trzydziestu sześciu czamberów. Każdy z nostalgią wspomina tamte chwile, nawet ja, który w tamtych czasach jarałem się Scatman Johnem i chyba Hanson (wiem).
Spokojnie jednak, za produkcję odpowiadają znane twarze, Scram Jones, Pete Rock, Jake One, jak i paru nołnejmów (Frank Dukes, Anthony Acid i inni).
Jest nowojorsko, jest mrocznie czasem, jest dobrze. Czasem może bity zaskakują (Superstar, do tego tańczą gangsterzy pewnie), ale rzadko jest to zaskoczenie negatywne. Rzadko, bo np. pętla lecąca w zwrotce w "2Getha Baby" potrafi człowieka przyprawić o wymioty. To akurat nie wyszło.
Yakub (kimkolwiek jest) ma szczęście, że go nie znam, spierdolił dość równy poziom brzmienia płyty. Szukać go nie będę, bo kolejny chujgowie Chino Maurice dał wspomniany "Handcuffin Them Hoes", radośnie plumkający, idyllicznie pyrkający kakofoniczną, zgniłą treścią żołądka jakiegoś wszystkożercy, który, umierając z głodu, trafił przypadkiem na wysypisko śmieci.
Byłoby pewnie idealnie, gdyby Pete Rock zajął się produkcją, choć najlepiej spisał się chyba Anthony Acid, i jego genialne "Ghetto".
Ciekawie zaprezentował się kawałek "Starkology", maksymalnie wręcz minimalistyczny, aż dziwny trochę nawet przez to, jakby nie był oficjalny, tylko nagrany na jakiś bootleg z wariatami z Wu Famu, z jakimś ShinToi Allahem czy innym KnowledgeGod-Darkimem (bo oni tak się tam nazywają).
Cieszą jednak dalej fajne sample, fajnie, że chciało się to komuś ogarnąć, że Ghost wiedział, że takie esencjonalne, chropowate podkłady są tym, czego nam w tym roku trochę brakuje.

Pokłony biję przed gośćmi. Dobrano ich tu świetnie. Killah Priest i GZA zniszczyli, Busta dowiódł, że jest świetnym raperem, The Game dał chyba jedną ze swoich lepszych zwrotek, potwór Joell rozpiździł, a Chef, Redman i Method Man pięknie jechali. Dawno nie słyszałem płyty, na której praktycznie WSZYSTKIE featy byłyby udane, szacunek dla ciebie Starksu.


Hej, czas może podsumować:

Prezenty dostaną:
+ w większości dobre bity
+ będący w stałej, dobrej formie Ghost
+ reprezentujący wysoki poziom goście
+ dobre nowojorskie wajby, jakie płyną z tej płyty

A rózgę otrzymają:
- ze dwa słabsze podkłady
- dość jednowymiarowe teksty


Jingle bells, jingle bells ziomy dobre. Kevin niedługo znów sam w domu, ubieranie choinki, które wydawało się zawsze proste, jak mamusia to robiła, zacne żarcie, które kosztuje niesamowicie dużo.
Kupcie sobie ziomy ten album, jak tylko pojawi się w Polsce.
Najlepszy chyba uliczny cd w tym roku. A i klimat Wu Tang Clanu czuć, jak się wysilisz trochę.
I to wszystko bez kłaniania się trendom, brudnemu południu, z sercem i pasją.
Ghostface uznawany jest za tego z kolektywu Wu, który równością dyskografii zadziwia. "Apollo Kids" ten stan pieczętuje.
Amen.

PS: Biggie oczywiście przejaskrawiony, ale te jego zdania w wywiadach sugerowały, że to niezły kołek, i bardzo podobnie się wypowiadał do tego, co zaprezentowałem. Cóż, raperem był wybitnym, mimo wszystko.
















2h później

EJ CO TEN CZARNUCH MÓWI, JESTEŚMY MARTWI? EJ? EJ? KTOKOLWIEK?

niedziela, 5 grudnia 2010

Redman- Reggie [December 7, 2010]


Ocena:


Są zjawiska/rzeczy, które się nie zmieniają. Komputerowi przegrańcy życiowi, którzy chwalą się, że spędzają Sylwestra w Zonie (z gry Stalker, serio tacy byli), wiedzą, nie zmienia się wojna (New Vegas piękna gra, swoją drogą). Prawie zawsze chodzi o to, żeby tego drugiego zaciukać, nieważne, czy włócznią, czy taktycznym ładunkiem nuklearnym. Nie zmienia się Janusz Korwin-Mikke, co rok z rozbrajającą szczerością, i zupełnie na serio, się pyta ekologów- "gdzie to globalne ocieplenie, skoro śnieg za oknem?" Nie zmienia się kondycja i dobre samopoczucie polskich drogowców. Nie zmienia się kościół katolicki, wiernie trwający na straży ideałów i dogmatów sprzed ponad tysiąca lat, w dobie zderzaczy hadronów.
Zmienia się pogoda, zmienia się nastrój, zmienia się kobieta, którą do niedawna uważałeś za taką, która nigdy głosu nie podnosi.
Zmieniają się też raperzy, nie zawsze na lepsze.



Reginald Noble, czyli znany wszem i wobec Redman, przeszedł w moim słowniku pewnego rodzaju metamorfozę.
Nie próbował ukrywać przed nikim, że ten album był robiony trochę na odwal się. W wolnym tłumaczeniu-
I was actually doing this album when I was doing the Blackout II album with Meth. It was supposed to be a mixtape, but it came out as an album. I was actually supposed to put out Muddy Waters II now, but this album came along.
(no chyba nie myślałeś durniu z Polski B, że będę tłumaczył, jeszcze raz się kurwo z jakiegoś Żychlina wpakuj na mój pas bez kierunków, a zobaczysz).
Taka deklaracja wiele mówi o omawianej płycie, Redman ot tak, wypluł z siebie jakiś tam odrzut, byle tylko coś wydać. Pomijając oczywistą bekę z Nasa, któremu panowie z Def Jam nie chcą wydać tego jego wiekopomnego ponoć "Lost Tapes 2", wydając jednocześnie np. właśnie album Redmana, to nie oceniam tego jako dobrej praktyki.
Zresztą sami spójrzcie na minę Nasa:


Reggie raczej kojarzył się mi przynajmniej zawsze z ciężkimi, brudnymi funkowymi bitami i niepodrabialnym, luzackim stylem i takimż flow. Teksty schodziły na drugi plan, ale potrafił walnąć dobrym bekorodnym panczem (I spend so much money on chalk and the indo/my weed supplier need to build a drive through window).
Jednakże fani Redmana wiedzą, że funkowe bity odeszły w niepamięć już na poprzedniej solówce, czyli "Red Gone Wild", zaś Redman to już nie ten sam wariat, co w 1993 roku.
No właśnie, nie ten sam już wariat wydał płytę, która od samego początku i dnia zapowiedzi, mnie tylko rozczarowywała i przypierała do muru coraz bardziej niewiarygodnymi newsami. No bo producenci tacy sobie (poza Khalilem i Rockwilderem, którzy zresztą zawiedli), brak tradycyjnej już kontynuacji historii z serii "Soopaman Luva" czy równie kultowych skitów, nawet wieści o autotune się pojawiły. Całości żałości dopełniła wyjątkowo paskudna okładka, tylko chyba Cassidy miał gorszą w tym roku.

No, ale najważniejsze jest nie to, co było w newsach, a to, co dostaliśmy. I od razu mogę powiedzieć- jest lepiej, niż się spodziewałem, i gorzej, niż na poprzednich płytach.
Przede wszystkim- niedoróbki słychać głównie w warstwie producenckiej, cóż, nazwiska na liście bitmejkerów nie porażają. Piona i legitymacja partyjna PiS dla tych, którzy bez gogla wiedzą, kto to jest Rich Kidd albo Threesixty (ten drugi na google wyskakuje jako sklep ze zdrową żywnością), są co prawda wspomniani fejmowi Khalil, Rock czy nawet TY Fyffe (jak się go czyta? Ti Łaj Fyf?), ale niestety, nie dali tu oni swoich najlepszych w karierze produkcji, delikatnie mówiąc.
Takie np. singlowe "Def Jammable" męczy uszy, ciężko w zasadzie dotrwać do końca kawałka przez kakofonię, którą tu zaserwował zacny przecież Khalil.
"That's Were I Be" byłoby spuszczone w klopie nawet przez Waka Flockę, uwierzcie, takie pseudogorące, stylizowane na klubowe, "bangery" są rakiem toczącym kulturę hip hopową głęboko niczym wielki murzyński strap-on, którym żona poniżała Eldokę podczas ich nocy poślubnej.
Jesteś fanem narkotycznych bełkotów Redmana i Methoda, i chciałeś sobie sprawdzić, jak prezentuje się "1 Witcha Boi", to nie oczekuj cudów, bo panowie Dominic Jordan & Jimmy Giannos, kimkolwiek są, nie spisali się przynajmniej najlepiej (łohoho i tu jakiś matoł się ucieszył i zaraz napisze w komencie o zasadach stosowania "bynajmniej", szybka piłka, prosta zagrywka- wybynajmnieniaj w podskokach), a kawałek ani nie buja, ani nie zachęca do zapalenia czegoś, ani nawet nie wpływa pozytywnie na heroinę która rośnie w mojej szklarni. Chciałem pozytywnych wajbów, dostałem mierny, absolutnie nieimponujący uczniacki podkładzik.
"Tiger Style Crane", kończący zresztą cały album, nie wywołał u mnie niczego poza wzruszenie ramion. Końcóweczka mogłaby być jakoś tam urozmaicona.
Byłem ciekaw, jak Reggie da sobie radę bez Ericka Sermona, i o ile po "lekturze" "Red Gone Wild" byłem w miarę zadowolony, to teraz nie boję się zakrzyknąć "Ratujcie rzekotki!" czy tam "Ericku, wróć".
Główny zarzut do produkcji jest taki, że te podkłady są absolutnie przeciętne, czasem denerwujące, plumkające i niebezpiecznie przaśne, przypomina się tu trochę sytuacja z ostatnim album Reflection Eternal. Nie znaczy to, że wszystkie bity są fatalne, jest parę całkiem niezłych pozycji, "Rockin' Wit Da Best" czy "All I Do" dają radę, nie ranią receptorów dźwięku jak ich koledzy z tracklisty.
Nie są one jednak chyba skrojone na rapera tak niekonwencjonalnego, jak Reggie, nie może on dostać niczego tak nieubłaganie przeciętnego, bo staje się przez to zagubiony, czego dowodem chyba pisana przez Gandziora liryka do "Def Jammable".


Gandzior, tak po prostu, dzięki, że jesteś

Ponarzekaliśmy, czas trochę popropsować to i owo, bo nie jest tak, że płyta jest tragiczna, w końcu 3,5/5 to w miarę dobra ocena.
Miło słyszeć Redmana dającego swoje krejzolskie wersy ponownie, na luzaku próbującego ujeżdżać te niekiedy słabowite podkłady. Praktycznie poza tym singlem to wszystkie kawałki tekstowo mi odpowiadają, niektóre może uderzają trochę w sztampę i klimaty, w których Reggie niezbyt się czuje, jak "All I Do" sławiące jego miłość do muzyki (to raczej domena jakiegoś Masta Ace'a czy innego tam pedofila), ale potem przypomina słuchaczowi swoje najlepsze czasy wrzucając wersy o radości z podróżowania i koncertowania (Lemme Get 2) czy po prostu przypomina o swoim statusie i o tym, jak się utrzymał w rapgrze przez te wszystkie lata (When The Lights Go Off). Że niby kogo to obchodzi? Przepraszam, a teraz wypierdalaj, głosowanie na wójta twojego Wypizdowa trwa jeszcze 44 minuty.
Ekhem, wracając do liryki, to, powtórzę się, fajnie znów słyszeć Redmana składającego dobre linijki, często komiczne, buńczuczne, czyli po prostu dobrze go słyszeć, jak jest sobą. Bo większość tekstów na tym cedeku to Reggie sławiący swoje nadludzkie narkotyczne skillse, marne skillse twojego ulubionego rapera i Reggie szukający okazji, by zrobić psikusa dzielnicowemu Żuczkowi i spalić jointa pod komendą.
Jak lubisz zabawne punchline'y, przekazywane za pomocą głosu, którego nie sposób pomylić z żadnym innym, i za pomocą idealnego flow, to masz swoją niszę.
Co prawda PackFM chyba jednak lepiej zrealizował konwencję płyty "z przymrużeniem oka", to można na "Reggie" znaleźć całkiem sporo satysfakcjonujących akcentów.
Goście? Są. Ale jakby ich nie było, to fakt. Poza Method Manem i Bunem ("1 Witcha Boi" niestety daleko do "City Lights" z "Blackout 2", na którym to kawałku był ten sam zestaw raperów) nikt nie wyrył mi się w pamięci, musiałem aż zerkać na tracklistę. Faith Evans raczej tu nie pasuje, Kool Moe Dee... hmmm, to dość ciekawa sprawa. Nie wiem, czemu napisane jest "ft. Kool Moe Dee", skoro ten zacny pan ze starej szkoły rapu nie ma tu nawet jednej wersu, nawet refrenu samodzielne nie wykonuje? Słychać tylko jakieś cuty z jego kawałków. Wierzę, że jakiś zamysł w tym był, czekam więc na wyjaśnienia.
Co do autotune, to pojawia się w dwóch miejscach na płycie, nie wierzę jednak, by komuś on przeszkadzał, np. na "When The Lights Go Off", świetnym skądinąd kawałku.

Czas więc na podsumowanie:

Plusy
+ Reggie w dobrej formie jak idzie o teksty
+ Tradycyjnie mocne flow
+ Charyzmy i luzu także mu nie brakuje
+ Parę (za mało niestety) zacnych podkładów
+ Spodziewałem się czegoś gorszego
+ Na szczęście nie zrobił niczego z O.S.T.R.'em

Minusy
- Parę paskudnych bitów
- Jawna kpina ze słuchacza w zapowiedziach, bezczelność nawet
- bezbarwni w sumie goście
- Gdzie ten Kool Moe Dee? :(
- Płyta gorsza niż poprzedniczka


Cóż, Redman jako MC to dalej ścisła czołówka rapgry, i udowodnił, że nie są mu straszne inne klimaty niż te znane z szalonych czasów Def Squadu. Odnajduje się w różnych konwencjach, coś na czym w tym roku poległ np. Kurupt, a takie odnajdywanie się to domena tych najlepszych w historii.
A że czasem niektóre elementy tego klimatu (bity) nie są równie imponujące co sam MC, to tym gorzej dla tych elementów. Bo Reggie nie zwalnia, zapowiada "Muddy Waters 2", i zapewne niejednym pięknie złożonym wersem nas jeszcze uszczęśliwi.
Będą lepsi producenci, będzie lepszy koncept na płytę, wrócą skity i "Soopaman Luva", to będzie znowu pięknie.
"Reggie" potraktujmy jako nic nieznaczącą, niewielką wpadkę w pięknej dyskografii naszego herosa z New Jersey.

No ok, to I'm out.
Do zobaczenia przy okazji następnej recen...


Co jest Nasir?



?????



Aaaa, czekajcie na "Lost Tapes 2" ziomy!!