wtorek, 28 lutego 2012

I bóg stworzył kobietę...



I zobaczył, że jest dobra. Niestety, ona spojrzała się chłodno i powiedziała, że przydałaby się w domu nowa zmywarka i kiedy wreszcie pogada z szefem o podwyżce.

W którąkolwiek Bozię/Boga byś nie wierzył, zainteresuje cię moja całkiem świeża, wszak wczorajsza, rozkmina.
Trafiłem otóż na wikipedyczną stronę pewnej aktorki porno (przypadkiem, serio, wiem, że nie uwierzycie i tak) i przeglądając jej arcyciekawą bio, zobaczyłem, że jest owa zacna pani nominowana do nagród AVN- Adult Video New, czyli ichnich (znaczy tych obleśników zboczeńskich) Oskarów, Lwów czy tam innych Orłów.
Z ciek... znaczy przypadkiem znowu sprawdziłem sobie te nominacje, i nie zawiodłem się, choć jednocześnie trochę zasmuciłem.


Nie zawiodłem się, bo dzięki temu miałem fajny temat do rozmyślań i niekoniecznie poważnych wniosków. Postawiłem przed sobą pytanie- co ocenia recenzent/szacowne grono jury wybierając ewentualnych zwycięzców takiej, dajmy na to, kategorii "Best Double Penetration Sex Scene", czym się kierują, czy wpadają w rutynę, czy oceniają, jak my, fani rapu, jakieś konkretne elementy produkcji, czy mają jakieś swoje "Illmatiki" i "Nastradamusy", czy są produkcje pomnikowe, z których potem czerpią potomni? Po czym poznaje się, że aktor porno X jest lepszy od aktora Y, a po czym z kolei aktorki? Co zostanie uznane za hipsterstwo a co za trzymanie się zasad, korzeni, słowem kto jest Drejkiem pornobiznesu, a kto Evidence'em? Czy jest gangsta porno, pop porno, mafioso porno albo alternative/indie porno?
He? Odpowiedz bez złośliwego uśmieszku to pogadamy.

Zasmuciłem się, bo owa rozkmina musiała nieuchronnie prowadzić do pewnych porównań- i cóż, robota recenzenta płyt z gadaniem do sampli, zwanym czasem rapem, w porównaniu do zadań smakosza filmów "z pieprzykiem" (określenie znają już tylko starzy ramole jak ja) nie może być ciekawa i perspektywiczna...
Dlatego też postanowiłem odwalić na odpierdol się jakąś tam recenzję i następnie zająć się brakami w kinie XX. Blog o tej tematyce już niedługo, możecie czekać.

------------------------------------------------------------------------------

vs.

Nie odejdziemy daleko od motywu mojego przydługiego wstępu, o nie. Kobieta to wdzięczny temat, seks to piękny temat, miłość to temat zjechany jak żaden inny, ale dalej wieczny.
Jest takie powiedzenie, które wymyśliłem w XIII wieku- O miłości dobrze, albo wcale (Piasek to do ciebie), i którego się od tego czasu trzymam. Raperzy niestety mają z tym problem, stąd zapewne na płytach usłyszycie tak wiele marnych, zbędnych wypełniaczy poświęconych płci pięknej. Ciężko w tej tematyce nie przekroczyć cienkiej granicy między realnie wyrażoną emocją a tandetą i kiczem.
Słowem, po twoim popisie ona albo rzuci ci się w ramiona, albo staniesz się pośmiewiskiem także jej koleżanek. Rozważ to przed napisaniem dla niej wiersza. Obie sytuacje będziemy mogli przestudiować na bazie dwóch recenzowanych tu płyt.


Brother Ali już gościł na łamach tego bloga (linkował nie będę bo moje stare recenzje są już komiczne), pozostaje powiedzieć tym, którzy ostatnie 25 lat spędzili w jaskini, kim jest Too Short.
Jest to otóż faktycznie niewysoki raper z Oakland, znany głównie z tego, że nagrywa płyty o seksie. Cóż, to jest fakt, nie ma oczywiście co z tym dyskutować, niemniej jak ktoś zadał sobie trud sprawdzenia całej dyskografii, to wie, że Short Dog na samym początku nie był wcale świntuchem, a nawet raczył nas nauczać o szkodliwości narkotyków... koliduje to z twoim pojmowanie jego persony co?
Cóż, rapbzdury uczą i bawią.
Szkoda, że Too Short już ani nie uczy, co akurat trudno traktować u niego jako wadę, ale co gorsza, wcale, ale to wcale nie bawi.
Jego dość neandertalskie podejście do kobiet symbolizuje nie tylko niedawna afera z XXL, ale także warstwa tekstowa nowej płyty.
W tym aspekcie jego rywal, albinos z Miasta Jezior, wypada zdecydowanie lepiej.
Płyta Shorta to jakby obleśny, zapijaczony tatuś wiecznie tłukący swoją żonkę.
U Brata znajdziesz o wiele więcej ciekawych tekstów, znacznie ciekawszy klimat i chyba jednak więcej momentów, z którymi możesz się identyfikować. Narracja prowadzona jest po prostu z perspektywy zwykłego zjadacza chleba, a nie oszalałego samca alfa.
No, ale konkrety... Przyda się znajomość tracklist obu płyt, bo nazwy tracków, będą padały luźno.
Interesującą, wielowątkową historię poznawania kobietki z "Shine On" porównajmy z "Shut Up Nancy"w której to Short radzi pewnej klientce, by zamknęła pysk, bo z gadania nie ma nic, a z ruchania jest coś. Ot, proste wnioski dla prostego chłopaczyny.
Traktujące o niewątpliwych zaletach trójkącików "Double Header" skontrujemy rozmyślanckim, głębokim "Years", czyli wspominaniem historii związku, błędami, wypaczeniami ale i rzeczami, które przez te lata się zazębiły i stanowią teraz całość, a gorzką, realistyczną historię groupie z "Electric Energy zestawimy z "I’m a Stop", zabawną opowieść o tym, jak upierdliwa taka groupie może się stać.
Jak widać, kobiety mogą być traktowane na dwa zupełnie odmienne sposoby. Pytanie tylko, który biegun tobie bardziej odpowiada.
Album Too Shorta będzie dobrym wyborem dla niespełnionych jeszcze seksualnie młodzieniaszków, EP-ka Aliego dla zgredów, którzy nie mogą już na starą spojrzeć bez splunięcia (a była taka ładna w dniu ślubu...).
Oba podejścia są dobre, niemniej oba wydawnictwa nie są zrealizowane na takim samym, dobrym poziomie.




Przede wszystkim solidny zawsze w tej kategorii Short Dog przysnął kilka razy przy doborze bitów, przez co dostajemy kilka poważnych kandydatów do paździerzy roku. Rozumiem, że następujące tracki: Money On The Floor, Double Header, Da Boom Cha miały być kosami, bangerami i pokazywać, jak dobrze Oaklandowicz czuje się także na terenach bliższych młodszym urwisom z list przebojów.
Cóż, nie są kosami, nie pokazują niczego tym bardziej. "Shut Up Nancy" także niekoniecznie zagości na repeacie...
Problem to istotny i fundamentalny, bo bez dobrych podkładów niewiele da się z albumu Too Shorta wycisnąć. Nie jest on specjalnie emocjonującym raperem, nie ma potężnego głosu, nietuzinkowych tekstów, nawet jakiegoś nieziemskiego flow.
Marnej jakości bity każą słuchaczowi skupiać się na tekście, a to nie wróży dobrze poczciwemu raperowi z Zachodu. Sytuacji nie ratują udane momenty, takie jak np. mocne, rockowe "What The Fuck", choć tekstowo nawiązuje do "rad" Shorta dotyczących radzenia sobie z dziewczynami w szkołach, jest wspaniałym, energicznym początkiem. Polecam też "Cush Cologne", ciekawy, leniwszy, ale dalej radośnie syntetyczny mini-banger akurat na wiosenną imprezkę.
Są na tej płycie zalety, jasne strony, pytanie tylko, czy opłaca się zadawać sobie trud kupowania/nawet ściągania, by je spośród niestety marnej reszty wyłowić.



Znacznie łatwiej znajdziesz coś dla siebie na EP od gościa z Rhymesayers.
Śmiem twierdzić, że Brother Ali, na spółkę z Commonem, najlepiej porusza się w związkowej tematyce, tych wszystkich uczuciach, zdradach, ukradkowych uśmiechach, pierwszych randkach, miłościach od pierwszego włożenia i innych takich. To chyba ten często płaczliwy, świetny głos...
Dlatego jak siedzisz już, obleśny ośle jebany w samych gaciach po fikuśnych, krwistych seksualnie rozkminach Too Shorta z nadzieją na coś więcej, to się rozczarujesz.
Ali proponuje bardziej podmiotowe spojrzenie na te kreatury, którym nie chce dyndać. Historia z udawaniem kelnera, by tylko zbliżyć się do atrakcyjnej pani, z całym tym wewnętrznym rozgardiaszem, nie jest ciekawa dla fanów rapów hustlerskich.
Fajnie współgra z tym wszystkim produkcja, stonowana, spokojna, soulowa, akcentująca w piękny sposób wszystko to, co Brother Ali chce nam przekazać.
Wielkie brawa tutaj dla nowego nabytku albinosa, Jake One'a, który zrobił aż 5 z 7 tracków, dzieląc się zaszczytem ze starym znajomym fanów Aliego, Antem.
Bity są klimatyczne, melodyjne, często wzniosłe, ale jednak niewybijające się ponad jasny, emocjonalny przekaz płynący ze słów.
A jako, że całą EP jest praktycznie taka, to wiadomo mniej więcej, czego tu nie znajdziesz. Jest tu jednocześnie i nadzieja, i trochę zniszczonych marzeń, jest ból, ale jest i radość, są upadki, ale i momenty, w których liczą się tylko oni.
Lektura zdecydowanie dla dorosłych, ba, obie płyty to lektury dla dorosłych, ale każda z innych powodów.
Płyta Shorta jest rubaszna, obsceniczna, dosłowna, hedonistyczna, EP-ka Aliego subtelna, delikatniejsza, łatwiejsza do zidentyfikowana się z jej przekazem.
Oba podejścia są dobre, nie ma tutaj żadnego wartościowania, musisz sam wybrać, którą drogę wybierzesz.

Oceny
Too $hort-No Tresspassing 2,5/5
Brother Ali- The BIte Marked Heart EP 4/5


Nie jest ten wpis bynajmniej porównaniem możliwości Brata i Małego, byłoby to mylące i bezsensowne, obaj są z dwóch różnych światów. Nie byłoby fair w stosunku do rapera z zachodu porównanie tekstów, Ali z kolei przegrałby w każdym podsumowaniu rozrywkowości.
Można jednak się pokusić o stwierdzenie, kto lepiej się sprawdził w konwencji, jaką sam sobie narzucił.
Tutaj wyjątkowo szpetny albinos wygrywa zdecydowanie. Too Short zatracił nosa do tworzenia luźnych, świetnie wyprodukowanych płyt, których słucha się z przyjemnością.
Girls just wanna have fun u obu, ale u niego jakoś tak bardziej festyniarsko.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

KRS-One- The BDP Album [January 10, 2012 ]


Ocena:



Rap

Muzyka

Klimat


KRS-One?? Naahhh...I don't like KRS no more 'cause he just think he's too dope.
He let his ego take over his shit and that's what brings him down. When he was like that (shouts "Blow it to yourself"), when he was like that, then he was a ten but now, 'I am Hip Hop'!!!
Eat a dick nigga. Eat a muthaphukkin' dick!

Fragment klasycznego wywiadu udzielonego przez Notoriousa B.I.G. dawno, dawno temu jest najlepszym wstępem, jaki można sobie wyobrazić recenzując najnowszy album samozwańczego Nauczyciela z Bronxu, weterana hip hopu KRS-One'a. Człowieka, który kiedyś był głosem pokolenia, jednym z ważniejszych przedstawicieli tzw. "świadomego rapu", stawiany w jednym rzędzie z Public Enemy, The X-Clan czy Brand Nubian.
Jak mawiał kolejny klasyk- co było a nie jest, nie pisze się w rejestr.
Od dobrych 10 lat KRS-One to klasyczny przykład szwendającego się bez celu tetryka, zagubionego wśród nowych trendów i w żaden sposób nierozwijającego starych.
Biorąc pod uwagę fakt, że wielki Kris nie zamierza bynajmniej odkładać majka na wieszak i zająć się oglądaniem telenowel, możecie się spodziewać, że będzie częstym gościem łamów tego akurat bloga.
Bo ten blog cieszy się z porażek innych, takie to w końcu polskie.
No, ale mieliśmy o starości i bezużyteczności...


"The BDP Album" to męcząca i nudna wycieczka w prze-hip-hopowy świat KRS'a, w którym to on sam jest królem mikrofonu na imprezach, a inni MC's uciekają przed nim w popłochu. Wszystko to podane na stół po staremu, technika Teachera jest mocno przeterminowana, a przekaz i morały płynące z kawałków banalne i tandetne jak piwo ze ś.p. Leader Price'a.
Braggadocio jest drętwe, technika nieistniejąca, nawet panczy nie próbował stworzyć by się choć trochę poratować.
Tak się zastanawiam, czy KRS nagra jeszcze kiedyś album tak niejednoznaczny i stawiający pytania jak te, które nagrywał w latach 90-tych. Czy już zawsze skazani będziemy na słuchanie tych samych, dosłownie tych samych konceptów bez ani krzty dawnej iskry i zaciętości.
Jeden track na wszystkie 14 przedstawia tekstowo jakąś dodatnią wartość, jest to "2012" (w ciekawy sposób rozkminiający daty, Azteków, Majów, przypadkowość (Lub nie?) takich i takich akurat dni, lat, epok) na dodatek znajdujący się na samiuśkim końcu płyty. A tu trzeba przebrnąć przez resztę...
Patrząc wstecz mamy to, co zwykle-
1. KRS tu jest od dawna
2. KRS z pogardą patrzy na nowych
3. KRS czasem nie patrzy z pogardą, jak radzi ci byś się wziął w garść
4. KRS na koncertach i pojedynkach niszczy wszystkich
5. KRS rozkręca imprezy

Zastanawiacie się pewnie jakie imprezy mógłby rozkręcać KRS poza tymi w Domach Spokojnej Starości... Też nie wiem.
KRS-One stracił już praktycznie wszystko w każdej sferze, w braggadocio zjadają go już nawet mainstreamowcy (Wale, Saigon), a w kategorii rapu myślącego nie ma szans z takimi markami jak Immortal Technique czy Pharoahe Monch.
Tym bardziej, że w odróżnieniu od tych wyżej KRS zalicza regres za regresem także w kwestii doboru podkładów.


Producent (DJ) Kenny Parker, członek Boogie Down Productions od chwili tragicznego zejścia Dj'a Scotta La Rocka, prywatnie brat KRS'a, postarał się wybitnie, aby na nowej płycie legendy rapu nie znalazł się żaden profesjonalnie brzmiący podkład.
Wystarczy powiedzieć, że najlepszy klimat oferują... Intro i Outro.
Mocny lirycznie "2012" jest rapowany na tak paskudnym, podłym i złośliwie chyba niedorobionym paździerzu, że Owsiak musiałby zbierać dla niego 20 lat. "Forever" wkurza człowieka kakofonią, a cała reszta zrobiona jest na odwal się, po amatorsku, bez krzty charakteru, który bił przecież jakoś z bitów Freddiego Foxxxa czy True Mastera na płytach z 2011.
Całość jest nudna, płytka i zniechęcająca do powrotu. I nie chodzi tu o to, że jest za bardzo staro szkolna, albo nowojorska, albo truskulowa. Wspomniany Monch, J-Live, Zion I, M.E.D., nawet Statik Selektah pokazali, że tak pomyślane płyty mogą oferować bardzo, bardzo przyzwoitą warstwę muzyczną. W przypadku "The BDP Album" masz dość po dwóch pierwszych sekundach każdego bitu.
Jeszcze ma czelność Kenny stwierdzać, że "Całość została przypilnowana przez Scotta La Rocka". Jestem pewny, że ten ostatni teraz przewraca się w grobie, albo przesypuje w urnie...



Emerytura na Florydzie:
+ eee... "2012" to dobry tekstowo track

Demencja w hospicjum:
- nudny, zagubiony KRS
- FATALNE PODKŁADY
- zero klimatu
- wyraźnie gorsza od poprzedniczek, które też przecież opus magnum nie były



Przykry, doprawdy przykry jest upadek KRS-One'a.
Raper nie prezentuje dziś sobą już praktycznie niczego. Wszystko już robił wcześniej, robił lepiej i ciekawiej.
Jeśli ktoś koniecznie chce jednak dać Teacherowi jeszcze szansę, może niech poczeka do premiery płyty, którą zapowiedział w duecie z Dj'em Premierem. Jak z nim się nie uda, to nie uda mu się już z nikim. Nigdy.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Top 10 roku 2011... do waszej interpretacji



























Potrafisz rozszyfrować o jakie płyty mi chodzi?

piątek, 6 stycznia 2012

Nagroda im. Złotego Kulfona

Pojawiły się tu i ówdzie pytania drążące temat mojego rankingu.
Fakt, nie było na moim blogasku porządnego podsumowania minionych 12 miesięcy, a i na napisanie porządnych recenzji brak ostatnio trochę czasu i ochoty.
Postanowiłem zatem spełnić wasze prośby i sporządzić poprawny, wiarygodny spis najlepszych pozycji a.d. 2011.
E, wróć....


Podsumowania są tandetne, nudne i efekciarskie. A już wypisywanie najlepszych płyt to zwykle stek komunałów typu "kozak flow, dobre bity i do tego niekomercja!!!".
Wszystkie takie zestawienia, jakie czytałem są nudne i sztampowe- obrazek + parę linijek mądrego tekstu wg autora wpisu, a za ciekawe to tych wypocin chyba nawet on sam nie uważa.
Ło, gratulacje czarnuchu, masz swoją listę top 10 roku 2011, chcesz ciastko?

Uznałem toteż za jawną niesprawiedliwość fakt, że nikt nie robi podsumowania pod tytułem "Najśredniejszy album roku".
Postanowiłem więc zerwać ze sztampą i tandetą tradycyjnych rankingów, i nagrodzić atencją albumy, które wszyscy skreślili, które zaginęły w morzu innych. Nie, nie będzie to lista najgorszych (za dużo jadu) ani najbardziej niedocenionych (boring!!!), a tych, którzy nie próbowali dość mocno, albo na próbach tych polegli.
Płyt ze wszech miar nieepokowych, które wypadają z głowy po pierwszym wysłuchaniu.
Wybieram celowo produkcje nudne i bezpłciowe, takie, które nie zaskoczyłyby cię nawet wtedy, gdybyś 5 minut przed wysłuchaniem dowiedział się, że nagrała ją twoja stara.

Jeśli szukałeś powodów, by przestać czytać tego bloga, to teraz dostałeś najlepszą wymówkę.

Cała reszta niech zapnie pasy i przygotuje się na najnudniejszą wycieczkę muzyczną w ich krótkich żywotach.

Kategoria 1

Oceny 3/5, czyli sieah ziewa

Do boju staje 4 wybranych przez mnie średniaków, każdy gotowy i skory do pokazania, kto potrafi najlepiej dobiec do mety na 33 miejscu.


Każdy zapalony fan umierania z nudów znajdzie na tym cedeku naprawdę sporo wspaniałych chwil dla siebie i rodziny. Genialny, melatoninowy głos i takiż flow Counta wzbogacone o do bólu standardowe, sklecone wg wszystkich truskulowych dekalogów podkłady to idealny prezent na święta. Te z 1 listopada oczywiście. Insight coś tam próbuje nas raz czy dwa szturchnąć, ale nie z nami te numery, śnić mamy prawo i śnić będziemy.


Czym byłby hip hop bez Pete Rocka? W 1992... W 2011 hip hop bez Pete Rocka jest idyllicznym miejscem, w którym dzieci radośnie trzymając się za ręce biegną podśpiewując wesoło w stronę plebanii (to było podłe). A czym by był hip hop bez duetu Smif N Wessun?
Zauważylibyście różnicę? Ja też nie. Panowie jednak nie zważając na to postanowili sklecić najmniej perwersyjny i najrzadziej inspirujący trójkącik wszech czasów.
Wszystko jest tu tak średnie, że aż się zastanawiam, czy jest sens dalszego pisania.


Prawdziwy bóg średniakowatości! To mój idol i ulubiony kubeł na pomyje od jakiegoś czasu, ale postanowił zrobić mi na złość i nagrać cd nie do końca podły, a wręcz ożywający na końcu. Wszystko jest tu dalej takie samo jak w jego produkcjach w 2009, 2007 czy 2005, ale pokonał pewnie barierę tandety. Polecam "Wonder Years" tylko tym, którzy chcą czymś zagłuszyć głośno pracującą pralkę. A że muzycznie zwycięsko z pojedynku wyjdzie pralka, to temat na inną, piękną opowieść.



KRS-One zatrzymał się w rozwoju w 1997, i choć pewne sygnały naszego organizmu dają nam do zrozumienia, że demencja nas dopada, to wielki Krzyś od kilkunastu lat nie może się domyśleć, że wyszedł z domu i nie może do niego wrócić. Dobry wujaszek Freddie Foxxx dał mu niestety tylko ustne wskazówki, a tego pana trzeba już odeskortować. Najlepiej w kapcie i szlafrok, mikrofon powiesić w drugim pokoju, nie znajdzie.

Kategoria 2

Oceny 2,5/5, czyli sieah śpi

Tym razem 3 skarby, płyty, które tak cudownie zapadną w pamięć, że o tej zapaści będę pamiętał długo. To prawdziwe Adonisy wśród średniaków, primusy górnik zabrze paresy.
Tak beznamiętne, bezsensowne i tak ulotne jak rzucenie pereł przed księgowych.


Co powstaje jak mamusia i tatuś się przytulają? Mały Hassanek. Uwielbia grać w szachy, niestety, głównie sam ze sobą. Jego wywody, uliczne prawdy są mniej więcej tak samo satysfakcjonujące, jak zwycięstwo w takiej tytanicznej potyczce. W sukurs idzie mu na szczęście zupełnie zwykły producent Apollo Brown. Na szczęście dla ich szans w tym rankingu, oczywiście. Największe emocje płyta wzbudza wtedy, gdy zobaczysz, że okładka zlewa się z tłem bloga.


Ta płyta to udawanie, że upośledzony umysłowo kuzyn jest absolutnie normalny, i że nie ma się go ochoty ubić packą na muchy. Jego ślinotok jest normalny, a podcieranie w wieku 23 lat, nie zgadniecie, normalne. Oczywiście wielki szacunek dla ludzi zajmujących się takimi ludźmi, ale prośba mała- jak by któryś podopieczny nie daj boże nazywał się Jus Allah, zróbcie TO bez wahania, dla niego życie i tak nie będzie piękne. "Violence Begets Violence" to idealny przykład tego, jak flaki, krew, konspiracje i wszelkie inne złorzeczenia mogą człowiekowi po latach spowszednieć i wywoływać obojętność.


Przy słuchaniu tej płyty wybaczyłem siostrze rozbicie mojego samochodu w 2008, psu przeżucie ulubionego figurkowego Batmana (no co, wy nie macie takich?), żonie ciążowe humory, a juniorowi wszystko to, co jeszcze wybaczone będzie mieć musiał.
Unosiłem się w tak cudownej muzycznej próżni i pustce, że aż musiałbym zaśpiewać
yU shook me aaaaaaaall niiiiight loooooooooooong!!!!!!!!!!
gdyby nie brzmiało to tak dwuznacznie (no wiecie, dwaj faceci, dorośli, nie ma wymówki, że to prysznic po basenie, więc mogą razem być nago).
yU jest tak do bólu standardowy i nudny, a bity tak zwietrzałe i oklepane, że aż serce samo rośnie na myśl o tym, jak często ten człowiek będzie gościem moich łamów.

Kategoria 3

Oceny 2/5, czyli... no cóż

Zestawienie zamykają tytani nijakości. Płyty już bardzo złe, ale w dalszym ciągu coś tam sobą reprezentujące.
Prawdziwe arcydzieła sztuki fonograficznej, raperzy drwiąco parskający na specjalistów farmaceutyki trudzących się nad idealnym środkiem na sen, twórczy i interesujący jak zajęcia z origami dla saperów-weteranów, jak oglądanie wzrostu trawy.
Księżniczka z twojego powiatu wyprosiła u nich, żeby jednak zostali w domach, że ten smok to w sumie dobry chłopaczyna, porządny smok-katolik...



Mhjmhmhmhm mhlylymlymlym Hmmmllym Hmmlym
Mllym Hlllym We Killin Them Fake Mhhnlynmn

Takie zapisy konającego homo-paralityka raczą nas przez przekrój całego albumu Myka 9, znanego skądinąd z całkiem zacnych grup.
Błagałem podczas słuchania tej płyty, by zdarzyło się na niej coś ciekawego, no i żeby może coś się zmieniło w życiu Andrzeja Leppera. Ależ ten los przewrotny, bo brak muzycznych emocji trzymał w nie-napięciu do końca.
Grzebanie w tym syfie i szukanie jakiejś iskry przypomina próbę wygrania wyścigu w Nfs używając tylko skrętu w lewo. Co ciekawe, nieźle mu wychodzi śpiewanie. Ale mało poza tym. Bełkot podpitego robotnika po podstawówce, na dodatek bez dwóch jedynek na nużących i staroświeckich bitach. Wszystko na swoim miejscu.


Bolesna płyta, bolesna jak zatwardzenie po wygranym zakładzie o połknięcie dwóch metrów drutu kolczastego.
Bolesna dla fanów The LOX, dla fanów samego Stylesa, Jadakissa.
Nie będę nawet więcej pisał, bo do dziś odczuwam złość.



Płyta przewidywalna niczym konkluzja historii bachora z suszarką w wannie.
One Be Lo postanowił zrobić perfekcyjny truskulowy mjuzik, i na nieszczęście dla innych także postanowił go opublikować. Wszystko jest tu tak ograne i prostackie, że aż powstaje pytanie- po co to komu?
Ponoć jedyny medykament na liście refundowanych leków, przy którym lekarze boją się stawiać "refundacja do decyzji NFZ".
Ta płyta to jak cudowna podróż przez magiczny tunel wśród urzekających kolorów i zapachów, niestety, droga prowadzi prosto do ścieków. Nie ma tu absolutnie niczego poza szarością, a ten kolor nigdy nie był modny. Nie żebym się znał na modzie jak co. Nie ma swagu, to nie słuchamy.
Widywałem już w życiu pod oponami żwir, który oferował ciekawszą zadumę intelektualną niż "L.A.B.O.R.".

------------------------------------------------------------------------------

To już wszystkie typy! 10 najwspanialszych! I niech teraz ktoś powie, że geje, masoni i średniaki nie mają swojego przedstawicielstwa w polskich mediach.

Czas chyba teraz wybrać tego NAJŚREDNIEJSZEGO, tego, który wzniósł się wręcz na wyżyny nijakości. Kogoś, kto jest absolutnie szary, niewyróżniający się niczym ale również niebędący katorgą dla uszu.

Po długim namyśle i setkach godzin spędzonych nad tym, kto tak naprawdę jest najbardziej jakiś wśród nijakich, decyzja o przyznaniu nagrody im. Złotego Kulfona może być tylko jedna.




GRATULUJEMY!

Tak wiemy, chcesz podziękować mamie, Bozi i producentom, ale musisz już niestety wyjść.
Ale coś czuję, że znając Pete Rocka spotkamy się jeszcze na tej gali....


------------------------------------------------------------------------------


A wg ciebie, drogi czytelniku, jaka płyta była tą najśredniejszą ze średnich?

sobota, 17 grudnia 2011

Common- The Dreamer, The Believer [December 20, 2011]


Ocena:



Rap

Muzyka

Klimat


Truthfully I wanna rhyme like Common Sense
But I did five mill' - I ain't been rhymin like Common since

Jay-Z- Moment Of Clarity


Wiedzieliście, że taki będzie wstęp, nie? No cóż, nie da się was zaskoczyć...
Ale pochodzący z Wietrznego Miasta, wybitnie utalentowany Common robił to wam w przeszłości zapewne nie raz, nie dwa. Jego siłą były słowa, moc, przekaz, które potrafiły opisywać w pewien szczególny sposób nawet najprostszą rzeczywistość.
Wiecie, to jak z bombardowaniem Drezna u Vonneguta, każdy temat odpowiednio ujęty nabiera nowej głębi, nowego wymiaru. Taka twoja własna, mała nisza z lampką wina i zaciągniętymi roletami, ty i twoje myśli rzucające wyzwanie zimnemu deskryptywizmowi...
Cóż, czas się obudzić, ogolić i wyjść do ludzi.
Niedaleko bowiem pada marzyciel do gorliwego wierzącego, a "The Dreamer, The Believer" niedaleko niestety pada od "Universal Mind Control", która w moim mniemaniu była niestety podła.
Common, który w swojej karierze nie bał się tematów godnych Gore'a Vidala, postanowił przywdziać dość tani garnitur sytego, rozchachanego satyra, który na przyjęciu wpadł właśnie do basenu, ale nie jest w stanie zrozumieć, że otaczające go śmiechy nie są mu przyjazne, a szum w jego uszach to nie doprawiony procentami rausz, a wyciekające gdzieś resztki dawnej renomy, i umiejętności.


Przez już bez mała 20 lat swojej muzycznej kariery, Lonnie Rashid Lynn Mniejszy konsekwentnie pracował sobie na image nietuzinkowego tekściarza, podejmującego bez oporów tematy często bardzo trudne. Idącego na przekór wszystkim- czy to wydając mocno niewygodny album "Electric Circus" czy rżnąc szamankę Erykę Badu, przed którą wszyscy go ostrzegali, a która potem zerwała z nim przez telefon, czy, ostatecznie, spuszczając niespodziewane raczej liryczne manto wirażce z zachodniego wybrzeża, Ice Cube'owi.
Proces budowania wizerunku Commona trwał naprawdę długo, i nawet jeśli w tzw. międzyczasie zmienił się w trupa i potrzebował wskrzeszenia od maga Kanye Westa, to fani przyzwyczaili się do pewnego poziomu prezentowanego na płytach. Uzbierał się całkiem spory fanbase, wiecie, sfrustrowanych pryszczatych nerdów przekonanych, że nienawiść do dolara i mainstreamu prezentowana na forum internetowym zostanie im zapamiętana jako ich osobisty plac Tahrir albo Niebiańskiego Spokoju. Po premierze "Be" fanbase ten urósł o całkiem nowe grono ludzi zainteresowanych sprytnym słowotwórstwem Commona wzbogaconego o eleganckie podkłady Gayfisha. W 2005 wydawało się, że sukces nie go nie zepsuje. Rozanielone i rozamorowane "Finding Forever" było sygnałem ostrzegawczym, a w paru momentach wręcz tandetne "Universal Mind Control" pierwszym objawem choroby.
"The Dreamer, The Believer" jest nieznacznie lepszy niż poprzedniczka, ale to dalej nie jest to, czego spragnieni niepokornych tekstów fani by chcieli.
Osobiście wolę tego rapera w odsłonie bardziej podobnej do Brothera Ali, niż tej w której próbuje być Westem/Ludacrisem czy Jayem.
Common stał się trochę zbyt beztroski, trochę zbyt zadowolony z życia, wymienił bojowe dystynkcje na złote statuetki wręczane w blasku neonów.
Czy to jest zjawiskiem do końca złym, przekonamy się w dalszej części tekstu.


No, ale powiecie "Czemu nie pasuje ci, że Common teraz śpiewa o laskach i kasie skoro słuchasz Lil Wayne'a?". I to pytanie, choć zadane przez niedojebanego matoła, nie będzie wcale aż tak niezasadne. Nie jest bowiem wcale tak, że ikona gejrapu z Chi-Town brzmi źle, niedomaga w jakimś aspekcie warsztatu raperskiego. Jego atutem pozostaje w dalszym ciągu świetny głos, dykcja, mocne flow. Tu się nie zmieniło nic. Problemem pozostaje jednak wiarygodność i wzgląd na przeszłość.
Oczywiście, nikt nie lubi szufladek, choć zapewne paru z was chętnie chciałoby się dołączyć, jakby spisywali tych z półki "100% heteroseksualiści". Ja już tam jestem. Do 20 grudnia 2011 (data premiery płyty) brakowało tam Commona.
Wywodzący się jeszcze ze Złotej Ery MC postanowił bowiem w pełni zadać kłam pogłoskom i zamanifestować swój bezwzględnie samczy sukces. Początek płyty, na której opowiada o swoim statusie, powodowało nerwowe przecieranie uszu ze zdumienia.
Eeee... to teraz Common o takich rzeczach rapuje? Jak jest ustawiony? Jak go znają na świecie i co teraz posiada? Wielbiciele "Fight Music" będą trochę rozgoryczeni...
"The Dremaer" czy "Blue Sky" mnie przynajmniej mocno zaskoczyły. Nie odmieni tego nawet Maya Angelou wciśnięta chyba jako wymówka na koniec tego pierwszego tracka.
Rozczarowań ciąg dalszy- "Sweet" to nawet zręcznie napisane braggadocio, partaczone jednak przez komiczne wręcz groźby w stylu thugsterów z L.A. na samym outro piosenki. Łzy śmiechu mogą napłynąć ci do oczu młody padawanie, jeśli tylko przypomnisz sobie Commona paradującego w słodkim różowym sweterku. Ale nie śmiej się zbyt głośno i długo, wszak ten pan ma całkiem wiarygodną przeszłość z Vice Lords.
Całe szczęście, że zamykający niejako przechwałki klamrą "Gold" jest niezłym, elegancko skleconym kawałkiem. Ale tylko tyle. W tym momencie recenzent w mojej osobie jest warstwą liryczną niezbyt zainspirowany.
Tak teraz rapuje człowiek, który nie tak dawno tak genialnie rozkładał na czynniki pierwsze traumę kobiety po gwałcie? Tak jak w "Ghetto Dreams", gdzie płaskiemu, nachalnie kwadratowemu, boombapowemu, nudziarskiemu bitowi rodem z 2002 roku towarzyszy idiotyczna i młodzieńczo naiwna nawałnica rymów o płci przeciwnej?
Nas po tym co zaprezentował na "Carter IV" powinien schować głowę w popiół i posypać ją potem piaskiem.


Ogłoszenie parafialne- głosujcie na Machine Gun Kelly'ego we Freshmenach 2012 magazynu XXL na ich stronie. Warto.

O czym to ja... a tak. Jak będzie sypał ten swój łeb piaskiem, to niech zbije piątkę z Wiz Khalifą, który wychodzi właśnie ze studia obok z czekiem zainkasowanym za napisanie Commonowi "Raw (How You Like It)" i "Celebrate". Może jakiś wspólny projekt, nie żadne tak kurwa Nas.Com ale Wiz.Jones, na którym Nas będzie się skarżył, że ciągle ktoś mu dyma żonę na boku, a Wiz odpowiadał, że to przecież nie zawsze on, na refrenie Waka Sraka.
Wracając do meritum, poziom tekstowy tych dwóch powyżej woła o pomstę do backpackerskiego Odyna, a refren w "Celebrate" powodował u mnie spazmy śmiechu, które ze zdziwieniem obserwowała reszta domowników.
Większość tracków sprawia wrażenie wygładzonych i ugrzecznionych, "dostosowanych", podrasowanych. Rozumiem taki koncept, trzeba jakoś iść z duchem czasów, a i młodzież nie ta sama, co 20 lat temu, ale chyba Common ma na tyle solidną markę, że nie musi się do takich chwytów uciekać, "Be" miało łatwe złoto (500.000 sprzedanych sztuk) zachowując przy tym charakterystyczny dla nieprzejednanego, niebezpiecznego Chicago pazur.
Moim głównym zarzutem dla "The Dreamer, The Believer" jest porzucenie ambicji, przekory, chęci powiedzenia czegoś niepoprawnego (boskie metafory z Barackiem Obamą nie działały na mnie, może teraz działają? ... nie, dalej nie) na rzecz letnich i zbyt często nieemocjonujących bzdur.
Nie zawsze jest tak źle oczywiście, ujmujący i urzekający "Cloth", szczere "Windows" (bynajmniej niebędące ostatecznym rozliczeniem się z systemem wielkiego Billa, choć można by zmienić historię i skierować samoloty z 9/11 w zupełnie inne ... okna). Te dwa songi wyróżniają się na tle pozostałych, tandetnych dość i wtórnych utworów czymś, co najlepiej chyba określić "commonowatością".
Prawie dałem się nabrać na "The Believer", jest to ewidentne oszustwo i próba wciśnięcia "społecznego" tracku pomiędzy zupełnie niepasującą do tego resztę.
"My President" z "The Recession" Young Jeezy'ego w tej roli poradziło sobie znacznie lepiej. Głupim niemniej "The Believer" nie jest, jakąś tam odmianą i alternatywą wobec miałkości poprzednich kawałków pozostaje. Nie można jednak po tych paru zaangażowanych wersach stwierdzić, że Common chcę tym albumem coś powiedzieć.


No właśnie. Wspomniałem przed chwilą "commonowatość". To ogromny kapitał, mieć taką swoją niszę, w której jest się niekwestionowanym królem, a jak nie królem, to jednym z władców (razem z Talibem, Mos Defem, Black Thoughtem). Fani to kupują, krytycy to doceniają. Szkoda trochę, że Common postanowił zakpić sobie z własnego dorobku, z tego, co na kartkach przez tyle lat zapisał.
Uszy bolą, jak słyszysz go próbującego brzmieć jak Ludacris czy Jay-Z (role się odwróciły? To by była ironia losu).
Wkraczając na obcy teren, podejmując rękawicę rapera-bogacza i rapera-imprezowicza nakreślił własną karykaturę, z której rywale mogą się tylko po cichu śmiać.
Królami rapu "statusowego" są samozwańczo intronizowani w tym roku The Throne, lepsze imprezowe rapy napisze Wiz czy Mac Miller. Common próbując z nimi konkurować ich własną bronią poległ niemiłosiernie, marnując swoje umiejętności.
Będąc owcą przywdział strój wilka i ruszył im na spotkanie... tylko co potem w takim razie? Jaki miał cel, zamysł? Co dalej Common?
Jak żyć Common, jak żyć?


Niedobrze by z oceną było, oj niedobrze, jakby nie No I.D. Pochodzący również z Czikago producent współpracował już z naprawdę szerokim gronem wykonawców, od Toni Braxton przez Jaya-Z po Big Seana. Wspaniale wytrenował Kanye Westa, pomógł mu wydatnie przy "My Beautiful Dark Twisted Fantasy", a i warto wspomnieć, że miał spory udział przy magii ważnych płyt w karierze samego Commona.
Doświadczony, utalentowany producent uratował niejako "The Dreamer, The Believer" przed niebezpiecznym oscylowaniem wokół oceny 2,5-3/5.
J-Dilla może jego życia nie zmienił, ale podpowiedział może to i tamto. Praktycznie całe cd, poza płaskim, wtórnym i przewidywalnym "Ghetto Dreams" oraz będącym w calości nieporozumieniem "Raw (How You Like It)" jest pomysłowo, spójnie dopieszczone, cieszące uszy a to Mayfieldem, a to E.L.E., spokojnie dryfując w obłokach klimatów z "Late Registration" czy może nawet "Be".
So Soulful, a jednocześnie trzymające cię w skupieniu przez całość trwania tracka "Gold", melancholijne odpowiednio "Lovin I Lost" czy wzbogacone zręcznie chórem "The Believer" kreują interesującą i wciągającą całość.
Płyty robione przez jednego tylko producenta mają właśnie tę zaletę, spójność i brak wielkich zgrzytów czy kontrastów. No I.D. operujący raczej poza światem wielkich ksywek i mediów na pewno zasługuje na jakieś tam miejsce w panteonie wielkich inspiratorów i producentów.
Muzycznie płyta jest spełniona, idealnie dopasowana do rapera i na pewno zostanie zapamiętana jako największa zaleta "The Dreamer, The Believer".
Nie uderza może tak w pysk jak poprzednie wspólne dzieło panów (no, no, bez skojarzeń mi tu, to co będzie zaraz nie jest wcale a wcale żadnym cudownym dzieckiem dwóch panów mówiących "fuuuuuuu!" na kobiety), czyli "Resurrection" z 1994, ale pokazuje, że chyba ta współpraca powinna trwać dalej, skoro Kanye nie chce mieć z Commonem niestety już nic wspólnego.


Tomasz Mann:
+ Mocna produkcja No I.D.
+ Świetne refreny, zwłaszcza John Legend
+ Parę udanych tracków
+ Jakoś tam lepsze niż "UMC"
+ Niż nasze UMC też chyba lepsze...


Katarzyna Grochola:
- Common kreślący własną karykaturę
- zerowa ambicja tekstowa
- nieudana próba przypodobania się nowym odbiorcom
- 2 słabe bity
- taki sobie feat Nasa



Kolejne rozczarowanie stało się faktem. Oczywiście znacznie mniejsze niż to z okazji "Take Care", ale chyba jakoś bardziej dołujące. Drake ma przed sobą całą karierę, Common niedługo będzie już musiał żegnać się z aktywnym uprawianiem muzyki.
Motywem przewodnim recenzji powinno być wychodzenie poza swoją konwencję, nie zaprzedanie się, bo nikt normalny nie idzie na podbój rynku z No I.D. za konsoletą.
Wątpię, by za 5 lat Common gdzieś tam rapował, wzorem Hovy, że pogorszył jakość swoich tekstów by podwoić swoje dolary.
Trudno jednak wytłumaczyć spłycenie Commona czymś innym... macie jakiś pomysł?
Ktoś się spyta- jak to, dałeś więcej Lil Wayne'owi czy Khalifie, a legendę tak poniżasz? 3,5?
Odpowiem, że wyżej wymienieni mają swoją konwencję, w ramach której zrobili wszystko co mogli, i czego się od nich oczekuje. Wykonali po prostu dobrze i solidnie swoją robotę, pozostając przy tym słuchalnymi i dostarczając mnóstwo rozrywki.
Jeśli nie można tłumaczyć mizerii lirycznej na "The Dreamer, The Believer" chęcią zarobku, to pozostaje tylko stwierdzić, że Common Sense stracił common sense.
Nie jest tu sobą, przyniósł nóż na wojnę na pistolety.
Jego eksperyment nie jest tym razem (w odróżnieniu od płyty z 2002) przekorny, ciekawy, buntowniczy. Jest rozpasany i leniwy, szyderczy i kpiarski.
To doprawdy smutny dzień dla backpackerów,