sobota, 2 czerwca 2012

[What Went Wrong?] Część 1- Niesława








Nagrać klasyka, stawianego w jednym rzędzie z "Ready To Die", "Reasonable Doubt", "Enter The Wu-Tang" i "Illmatic", pozostać w rapgrze, nachapać się, a przy najbliższej okazji zaserwować coś kojarzącego się z opus magnum, by fani się nabrali. Tak? 
Nie, nie tak. 
"Infamy" otwiera nowy cykl na blogu, największych rozczarowań i nieporozumień w historii tego gatunku. Omówimy raczej wpadki utalentowanych niż stały poziom ułomnych, więc na Lil B czy Wakę nie liczcie. Szkoda, że otwiera go tak zasłużony dla brzmienia Nowego Jorku duet. Ale litości być nie może. 
Jak będziesz wskazywać na 50 Centa jako głównego sprawcę upadku marki Mobb Deep, to wspomnij "Infamy", wróć myślami do 2001 i zastanów się głęboko.

środa, 23 maja 2012

And Dear Mama...







Wiecie chłopaki postarałem się coś innego wam zafundować niż tradycyjnie "Dear Mama", "Dance" czy schizy Eminema. Tak by było mnie sztampowo.



piątek, 18 maja 2012

Czyim psychofanem jest sieah?




10 raperów, których krytykowanie może zakończyć twoje dobre relacje z autorem bloga.

Czyli, inaczej, kolejna ściana tekstu w której sieah pierdoli na temat, który nikogo nie interesuje.

Większość z was, przygłupy, szczyci się swoją rzekomą obiektywnością w spojrzeniu na muzykę, uważacie się za bezstronnych, rzeczowych krytyków dźwięków wszelakich. Do pisania o muzyce w internecie zakładacie nawet swoje najlepsze lakierki, a stara wam starannie prasuje mankiety dnia poprzedniego, dzień przed dniem świętym, który święcić w końcu musicie. Siadacie potem przed monitorem i pierdolicie te swoje smuty, których nawet sami potem czytać nie możecie, niepomni na słynne zdanie przypisywane m.in. Frankowi Zappa- Talking about music is like dancing about architecture. Mnoży się potem liczba cymbałów-blogerów, którzy nie kryją nawet swoich inspiracji pomysłami innych.

[w tle]

ekhem

A no tak, nie o tym miało być :)
W każdym razie, wracając do obiektywności, każdy z nas, szanowni koledzy, ma trudności z przyznaniem się, że w swoich recenzjach tego czy innego rapera faworyzuje go, bo ma do jego rapu stosunek sentymentalny, fanbojowski, psychofanowski. Zawsze trzeba wtrącić jakieś zdanie niby pokazujące nas w świetle bezpartyjnych fachowców. Praktyka pokazuje, że owi nie istnieją, każdy ma jakieś poglądy, jakieś autorytety, do których odwołać się musi.
Wszyscy jesteśmy ludźmi, wszyscy więc mamy takie sytuacje, że w obliczu konfliktu opowiadamy się po którejś ze stron, a fakt, że jedną konkretną wybieramy ślepo i często bez rozpatrzenia wszystkich za i przeciw przecież nie świadczy, że jesteśmy nieobiektywni, prawda?
Nie ośle, nieprawda.
Tobie pastuchu z Polski B zapewne brak odwagi, by się przyznać, za których raperów byś oddał swoje, i tak niewiele warte, życie.
Czas więc by zrobił to ktoś bardziej kompetentny od ciebie.
Oto raperzy, od których lepiej się odpierdzielić, o ile nie chcecie zrobić sobie wroga w postaci mojej. Wiem, że to nic groźnego i że ja też jestem tylko statystą ze strony internetowej, ale każdy podnieść swoją wartość czasem musi.



Idole
Pomniki, sieah nie widzi wad, nawet jeśli są.





Tu bez niespodzianek chyba co? W w większośći typów te ksywki padały. Nie ma co, znacie mnie dobrze.

Hov- człowiek sukcesu, genialny, długowieczny i wpływowy raper. Każdy (raper) chce być Hovą, ale Hov dalej żyje- pamiętacie z czego to? Co ciekawe, na początku swojej przygody z rapem nie byłem zwolennikiem tego pana, pamiętam pierwsze posty na hip-hop.pl i moje mini-wojenki z fanami... Jaya, w których wskazywałem na to, czemu Nas wygrał (były to jednak z perspektywy czasu dość głupie argumenty, nie będę cytował). Potem jednak przejrzałem na oczy, i od jakichś paru lat jestem najbardziej irytującym fanem Cartera nad Wisłą. Będę bronił wszystkiego, nawet płyt z R.Kellym, spróbuj mnie.
Thank you, the-step-the-fuck-back-Freeway God.

Face- mogę się poszczycić tym, że byłem jednym z pierwszych sajkofanów Face'a w Polsce, choć może w przypadku rapera dość, jak na dwie oceny 5/5 w "The Source", niszowego, może to się wydawać dziwne. Skromny człowiek z zasadami, przelewanymi w swoje zawsze emocjonalne i szczere rapsy- tak powinni się zachowywać wszyscy porządni ludzie. Cóż, choć moja kopia "The Fix" jest w tandetnej tekturze (wasza też?), niemniej wpływ Face'a na rap z południa, na rap w ogóle, respekt, świetna liryka, pogodne nastawienie, ciekawa osobowość, prawdziwy uliczny cred- to wszystko składa się na to, że dziś bez Scarface'a nie wyobrażam sobie swojej top 10, wszech czasów.
Thank you, the-not-caring-for-his-child God

K-Rino- w tym wypadku mogę śmiało powiedzieć, że byłem PIERWSZYM psychofanem Erica w Polsce. Rzadko się go widywało na forach przed "moją" erą. Wrócę znowu do początków mojej przygody z rapem- rok 2005, wkręcanie się w kulturę, raperów, fora internetowe poświęcone tej tematyce, budowanie swoich pierwszych rankingów. Jako, że wtedy byłem zawziętym zwolennikiem Nowego Jorku i konserwatystą (do tego stopnia, że prowadziłem anty-południowe krucjaty na ... allhiphop.com i ich Ill Community), negowałem praktycznie wszystko z rejonu spod linii Masona-Dixona. Dopiero K-Rino otworzył mi oczy. I dziś jestem po drugiej stronie barykady. Najlepsze storytellingi, koncepty, pancze, wybitna technika a przy tym pokorne trzymanie się swojego kursu przez dużo ponad 20 lat w raprze. Za Keja oddałbym wszystko, może poza życiem i zdrowiem, no i poza rodziną, no i poza rzeczami materialnymi, no i te niematerialne też oszczędźcie... No dobra, nie tak wiele znowu bym oddał, macie mnie. W każdym razie to jeden z moich prawdziwych, stałych ulubieńców. Nawet jak na okładkę swojej płyty znowu będzie pozował w ceracie.
Thank you, 20-albums-deep-still-no-success God

Giancana- era G Rapa w hip hopie już dawno minęła, kolejne pokolenia świeżaków mniej lub bardziej udanie próbowały albo go naśladować, albo zastąpić, a Luzacki Geniusz Rapu nie chce zejść z #1 w moim rankingu wszech czasów. Nawet nie wiem, od której zalety zacząć, od którego nurtu, który on zapoczątkował, od którego rapera, którego zainspirował. Każdy kto mnie zna, wie, że G Rap to mój prawdziwy psychoidol (?), prawdopodobnie większy od poprzednich 3. To G Rap, a nie Rakim, jest God MC.
Tutaj nigdy nie było żadnych zwrotów akcji, zawsze gościa lubiłem i lubić będę. Podstawowa lektura dla każdego fana rapu, nieważne, po której stronie w konflikcie truskul[klasyczność]-dirty south[swag] się opowiadasz.
Thank you, the-i-invented-everything God



Faworyci
Arcymistrzowie, specjalne miejsce w pamięci, na zawsze.





Tu już pewnie niektórzy zaskoczeni.

2Pac- wyjaśniłem we wpisie "top 10 wszech czasów". Niemniej- żaden zdechły raper nie wzbudza takich emocji, jak Pac. Jakby na scenie pojawił się hologram J Dilli, to byłoby to wydarzenie co najwyżej lokalne. Do dziś nikt nie pobił charyzmy i pewności siebie, jaką prezentował 2Pac. I nie widać nikogo na horyzoncie. Nie daj się zwieść armii zaślinionych nastolatków uznających Shakura za boga- raper ten to ikona, muzyki z jednej strony, bezsensowności przemocy z drugiej. Tyle lat po śmierci przemawia w dalszym ciągu z taką samą mocą.
Thank you, the-how-is-it-up-there? God

Shady- jedyny, poza Beastie Boys, biały raper z pasmem sukcesów to zarazem jeden z najbardziej utalentowanych ludzi w całej grze. Niepozbawiony dramatyzmu (uzależnienie, rodzina, Proof), Eminem w dalszym ciągu tak samo elektryzuje publiczność. W dalszym ciągu to Eminem okupuje listy sprzedaży, niezależnie od koniunktury, kryzysów i sukcesów innych. Ja już dawno się przekonałem, że składać wersy jak Shady potrafi tylko Shady. Dodać do tego spore grono wypromowanych raperów, niezły nawet film, niepodrabialną osobowość i prezencję sceniczną oraz niezrównany potencjał do wygrywania beefów- mamy prawdziwego idola nowożytności.
Thank you, the-did-you-really-burn-the-polish-flag God

Yeezy- Kanye to wyjątkowa postać na nieboskłonie, pamiętamy jego dość skromne początku na "Blueprint" czy "The Fix". Przez te 10 lat urósł do statusu jednej z największych gwiazd w historii tej muzyki. Przekorny, potrafiący stawiać naprawdę szokujące tezy (choćby te o sobie i Biblii) dodaje do tego naprawdę genialne pomysły na muzykę, jest najważniejszym producentem minionego dziesięciolecia i jednym z ważniejszych raperów, choć przecież raperem wielkim nie jest. Przyznam się, nie wróżyłem mu sukcesu w rywalizacji, kto sprzeda więcej, on swojego "Graduation" czy 50 Cent jego "Curtis". Zwycięstwo w tym prestiżowym pojedynku było prawdziwym momentem przełomowym w jego karierze i końcem pewnej ery w rapie. Od tamtej pory nie mogę żyć bez kolejnych projektów szaleńca z Chicago.
Thank you, the kim-kardashan-made-me-wear-man-thong God


Bis- to taka trochę stara, mocno zardzewiała sympatia, dziurawiona wieloma nie do końca niestety udanymi posunięciami Propane'a. Szkoda trochę kariery, jaką ten człowiek mógł zrobić, szkoda, że LL się na niego uwziął tak solennie... Szkoda, bo Canibus ma niezrównany potencjał liryczny, genialny zasób słów i naprawdę świetne koncepty. Do tego jadowity, wkurzony głos, pretensja do całego świata i drobną, nerdziarską budowę. Idol jak się patrzy, zwłaszcza dla zakompleksionych spaślaków marzących o posiadaniu swojej własnej martyrologii. Normalni ludzie, tacy jak my, cenią Canibusa zwłaszcza za okres 2000-2003, w których to latach Bis był prawdziwym geniuszem. Teraz jedyne co się zdarza, to przebłyski. Niemniej- na allegro "Rip The Jacker" jest za 10zł- DLACZEGO BAŁWANIE JESZCZE NIE KUPIŁEŚ?
Thank you, the stop-being-so-fucking-bitter-and-get-over-it-Eminem-won God



Bardzo lubię
Sprawdzę wszystko, co wydadzą..




Tunechi- znienawidzony przez całe masy, przez całe masy uwielbiany. Lubię takie postacie- albo kochasz, albo nienawidzisz nienawiścią szczerą. Tak zaskakujących, pozytywnie zakręconych postaci w rapie nie ma zbyt wiele. Czasem ma się naprawdę wrażenie, że to, co Weezy wypluwa w mikrofon to bezsens i bełkot, ale wartość rozrywkowa tych wynurzeń jest po prostu kolosalna. I nie chodzi tylko o komiczne pancze czy hashtag rap. Sama idea radośnie podskakującego, groteskowego karła robiącego multiplatynową karierę kontrastująca z twoim raperem sprzedającym 35k płyty w pierwszym tygodniu jest warta zachodu.
Pamiętaj, sprawdź sam jego twórczość, nie sugeruj się zdaniem hejterów.
Thank you, the i-kissed-my-daddy-on-the-lips-and-remain-shameless God

Yellow Nigga- nikt się pewnie nie spodziewał. Tym lepiej. Jedynym problemem z Chino jest.. znalezienie jakiegoś reprezentatywnego zdjęcia w internecie (serio, sprawdźcie,99% nie przejdzie na tym heteroseksualnym blogu). Poza tym same pozytywy- piękna liryka, karkołomne, obrazoburcze pancze, mroczny, introspektywny brutalny design wszystkich jego projektów.
Można sobie mówić, że Chino tak koncentruje się na panczach, że resztę tekstu traktuje jako dodatek do nich jedynie, ale ja czekam na jego nowy album już 6 lat i doczekać się nie mogę, zapewniam was jednakże już dziś- jak to wyjdzie, to będzie czołówka roku.
Thank you, the fuck-you-too God


Warci wspomnienia:
Immortal Technique
Pharoahe Monch
Young Jeezy
Paris
Chuck D
Killah Priest
Big Daddy Kane
Ice Cube
GZA
Ghostface
Notorious B.I.G.
Nas


-------------------------------------------------------------------------

Gratulacje, padły chyba wszystkie odpowiedzi. Znaczy to, że:
a) jestem przewidywalny
b) macie dogłębną wiedzę na temat postaci z internetu. Tak, to może o was źle świadczyć.

Poza tym psujecie kurwa zabawę, mogliście napisać- nie wiem, powiedz.

sobota, 12 maja 2012

Killer Mike- R.A.P. Music [May 15, 2012]



Ocena:


Meaningless Rap vs. Conscious Rap, bling bling vs. boom bap, Lil Wayne vs. Talib Kweli, Billboard vs. Ughh.com, Donek vs. Jarek, Jay-Z vs. Nas, 2Pac vs. Biggie, Cola vs. Pepsi, woda vs. ogień, Polska reprezentacha vs. ta angielska- niektóre rywalizacje się nie starzeją. I choć niektóre bynajmniej nie stają się z wiekiem lepsze, to coś z winem wspólnego miały- uderzały do głowy fanom różnych obozowisk niczym kobiety. Cóż, polski raper może i jeździ Autosanem, ale amerykański wsiada do niego z własnej woli, mimo, że obok stoi jego własny Maybach z szoferem. Tak zrobił reprezentujący brudne południe (przecież) Killer Mike, zrezygnowawszy z wystawnych przyjęć na koszt T.I., ściągnął za grosze offowego, acz uznanego producenta, i zagrał mainstreamowi na nosie. I to jak pięknie.

Reprezentujący ten sam coast, ba, miasto, co Luda, T.I. czy Andre 3000, bohater dzisiejszego wpisu charakteryzował się mocnym kręgosłupem moralnym, zdecydowanymi poglądami politycznymi i takimiż samymi tekstami. Dziś, w dobie raperów nie mających do przekazania absolutnie nic, w zalewie A$APÓW, Wizów, 2 Chainzów czy Meek Millów, emce esi tacy jak Mike są towarem pożądanym, ile można w końcu zachwycać się tym, co robi Immortal Technique. Conscious rap jest w odwrocie, w narożniku, ale wzorem dogorywającej bestii kąsa tym mocniej. Nie przeszkodziło to co prawda samemu Majkowi zaprosić na poprzedni album pomnik przygłupiego rapu, Gucia Mejna, ale fani wybaczają wiele... Mike zrezygnował ze wsparcia Grand Hustle Records, zaprosił do współpracy znanego w podziemnym światku producenta El-P, zaostrzył pióro, ołówek, słownictwo, i postanowił powbijać je w oczy wszystkim tym, którzy wyrządzają porządnym ludziom krzywdy. Jego Wu Xing wzbogaciło się właśnie o kwas i garotę.




Warstwa liryczna na "R.A.P. Music" jest wyrazem poglądów Mike'a na sprawy przeróżne, nawet takie bliskie sercu polaka katolika.
Poglądów zdecydowanych, podanych w bardzo przystępny sposób, niech cię El-P nie odstraszy.
Jedną z rzeczy, od których można zacząć jest to, że polscy raperzy niespecjalnie potrafią emocjonalnie przekazać treści polityczne i społeczne, może to być wina albo ogólnej drętwości rapu znad Wisły, albo tego, że polska polityka rzeczywiście sprowadza się tylko do złodziei w sejmie, którzy nie chcą porządnym ćpunom dać popalić (w dosłownym sensie tylko i wyłącznie). Amerykańsy MC's problemu z tym nie mają.
Killer Mike brzmi na tej płycie jak połączenie Ice Cube'a z Geto Boysami, jak Chuck D, jadący niepozornym sedanem by odstzelić Evana Mechama w okresie niepokoju największego.
Ogólny wydźwięk płyty, choć pesymistyczny, jest spójnym strumieniem myśli zatrzymanego w czasie człowieka, zdolnego do szczegółowej, mocnej, często kolokwialnej obserwacji otoczenia.
W "Reagan" odnoszącym się w części, co oczywiste, do tej jakże kontrowersyjnej postaci politycznej historii, Mike mówi m.in.

The ballot or the bullet, some freedom or some bullshit
Will we ever do it big, or keep just settling for little shit
We brag on having bread, but none of us are bakers
We all talk having greens, but none of us own acres


- gdzie już dwa pierwsze wyrazy mają drugie dno.
Raperzy ogólnie pana Reagana nie lubią, fakt to znany, Mike dokłada tylko dopieca (o czym później)

Innym świetnym przykładem społecznego komentarza jest "Anywhere But Here", wzbogacony o wywiad udzielony serwisowi spin.com, zyskuje zupełnie nową, sugestywną jakość. Chce się wierzyć raperowi, że ATL to miejsce dobre dla każdego czarnego, a NYC to wymarzony start dla młodego, widzi się jego oczyma ich mroki wszelakie.
Z kolei w "Don't Die" na ziemię w postaci Mike'a zstępuje duch młodego Ice Cube'a, by uraczyć nas dość burzliwą i tragiczną historią obrony honoru przed sprzedajnymi, brudnymi glinami. W normalnym życiu Mike skończyłby w z kulką w potylicy wyrzucony na brzeg przez któryś kaprys rzeki Hudson, tutaj udaje mu się nie dość, że z nimi rozprawić, to jeszcze uciec, powiedzieć rządowi "proszę się odczepić :) :)" i bujać się dalej.
Ciekawostką jest zdanie rzucone w bridżu, że ojciec Mike'a był gliną. Ciekawe, czy jeszcze żyje i czy popiera rapsy synalka...
"Ghetto Gospel" zamyka temat potyczek czarnego brata z nieprzyjaznym mu światem, przyzywając do boju ksywki wielkich bojowników o ich prawa.
Jasne, zdecydowane, ciekawe spojrzenie na świat to bardzo mocna strona tej płyty, Mike, podobnie jak K-Rino na "No Redemption", nie boi się karkołomnych porównań (Untitled) oraz stawiania ostatecznych, brutalnych stwierdzeń, których inni raperzy mogą się bać:

I'm dropping off the grid before they pump the lead
I leave you with four words: I'm glad Reagan dead


(tak, to ten piec)

Takim to raperem jest Mike, przemycającym te godne cenzury teksty w eleganckiej formie, flow jest zmienne, dopracowane, idealnie trafiające w każdy podkład, głos jest poważny (poza "Jojo's Chillin"), mocny, zdecydowany, a na dodatek jeszcze bardzo dobrze radzący sobie w refrenach.

Jeżeli wg ciebie brakuje w dzisiejszym rapie zza oceanu ludzi wyrazistych, to Mike jest wyborem wręcz wybitnie właściwym, (co) więcej wspaniale wybornym!
Poważnych tematów nie zostawiając na długo, MC odpływa totalnie na luzie w "JoJo's Story"- kawałka, którego konceptu nawet sam na spinie nie był w stanie dobrze wyjaśnić. Ot, ziomek porusza się z punktu A do punktu, przeżywając absolutnie nieistotne, choć z deka szalone przygody, a ty oblicz w jakim czasie tam się dostanie przy założeniu, że konduktor Wiesław czuje pociąg do szefowej składnicy Zawiercie.
Przypomina sobie zaraz o swoich południowych korzeniach, sprowadzając wielkie ksywki (Bun B i T.I.) na esencjonalny, szybki, gorący "Big Beast" (szczęśliwie nie Big Breast), poprawiając to równie żwawym, pędzącym "Go" czy doprawdy świetnym "Untitled". Bardzo, bardzo przekonująco ten miks wyszedł, nie da się słuchać tego obojętnie, wypuszczać drugim uchem, w sytuacji, gdy najpierw mamy klasyczne braggadocio z ATL, gdy Bigga łamie świetnie język w "Southern Fried" a potem ciemne, brudne, krwawe rozliczenia z niesprawiedliwością w getcie, nad niekonsekwencjami systemu prawnego i tym, co trzeba w nim poprawić.
Nie wiecie?

Cos slavery was abolished, unless you are in prison
You think I am bullshitting, then read the 13th Amendment
Involuntary servitude and slavery it prohibits


Sprawdziłem.

Przemowa Regana z okresu afrey Iran-Contras, naśladowanie KRS-One'a w tracku z szefem i 1/2 UGK, porównanie się do Paca, Biggiego i Basquaita, przemykający się MX i MLK, iście ice-cube'owskie klimaty, nawiązania do Public Enemy, nawet, o ironio (dla T.I.) skrytykowanie listy Forbesa i nazwania jej listą kurew- wszystko to składa się na buntowniczą, ekspresyjną, uderzającą w pysk opowieść nie dla każdego.

Można się zastanawiać, czemu prawica nie istnieje w amerykańskim rapie (no, Hova kiedyś promował Christiona), czemu praktycznie nikt, no, może poza Nasem i jego niefortunną linijką o małpach, nie reprezentuje jakiejś przyściennej, hardkorowej katolicko-opętańczej ideologii.
Serio, temat jest ciekawy, np. Jay-Z ostatnio stwierdził, że popiera małżeństwa gejów, w Polsce od razu odezwałoby się stado ogrów z ujadaniem, że ma być normalnie, Polska tylko pod krzyżem zaczyna się na "p", jakiś Pih, Chada albo inny przygłup nagrałby o tym dwa krytyczne wersy na którejś z ich tandetnych płyt, i byłaby dyskusja.
A tu... cisza.
Szkoda, na pewno ciekawa byłaby dyskusja muzyczna Mike'a, K-Rino albo Immortal Technique'a z takim świętoszkowatym indywiduum.
A tak, z racji braku takiego mościa jego, moje lewackie serce może spokojnie przyjmować balsam od rapera z ATL.
Oj, ty masz serduszko po prawej stronie? To może czas wypierdalać na inną stronę? Taka luźna sugestia cymbale jeden z drugim.



Truskul na dirty sałtach :0

Sprowadzenie znanego m.in. z Company Flow i Cannibal Ox producenta El-P, na pierwszy rzut oka mocno kontrastującego z wizerunkiem twardego czarnucha z redneckiej Atlanty, okazało się strzałem w dziesiątkę. I o ile przez solówkę tego pana z tego roku, "Cancer 4 Cure", nie przebrnąłem, z powodu wyjątkowo bełkotliwego, nietrafiającego w bit i prostackiego flow (coś jak Necro), to tutaj, w sytuacji, gdy na szczęście rapem raczy nas tylko raz, psując przyjemność słuchania znacznie, a koncentruje się na boardach, to zaczyna być dobrze... niebezpiecznie dobrze.
Przede wszystkim bardzo, bardzo klimatycznie, często klaustrofobicznie, niepokojąco.
Mój ulubiony "Anywhere But Here", to mocny, psychodeliczny wręcz aranż idealnie komponujący się z mało wesołą opowieścią głównego bohatera "R.A.P. Music" , za to "Untitled" kapitalnymi bębenkami cieszy ucho do samego końca w refrenie dodając zaskakującą piszczałkę, coś niesamowitego.
Fajnie też, że El-P nie wepchał się tu z buciorami awangardy, nie zapchał zlewu syfiastą, nerdziarską substancją, przy której zdarza się ronić łezki studentom w arafatkach i golfach w romby. "Jojo's Chillin" to twór przypominający radosne czasu oldskulu, surowości produkcji, "Reagan" jest mroczne i monumentalne, "Don't Die" klasycznym i jednocześnie syntetycznym jest, a żywe, mocne, wzbogacone gitarką "R.A.P. Music" nie traci ani na chwilę kontaktu z rozpędzonym gospodarzem.
Co ciekawe, produkcja raczej nie ma nic wspólnego ani z dirty southem, ani z klasycznymi, nowojorskim pierdami, mamy tu raczej autorską, lekko alternatywną wizję bitmejkera na to, co będzie pasować do tak niegrzecznych tekstów.
Zaskoczyło mnie trochę, jak dobrze obaj panowie się zgrali, jaka chemia między nim nastąpiła, to, że brzmią tu jakby nagrywali ze sobą już kilka ładnych lat. Są diablo przystępni, niespodziewanie łatwo wpadający w ucho, zachowując jednocześnie niezależność od tego, co trzęsie mainstreamem.
Może to dobra droga? Killer Mike to prawdziwy krwisty raper, nie nabzdyczony, anty-konsumpcjonistyczny, mamroczący Wawrzuś jak Aesop Rock albo panowie z Can Ox... Takie kollabo może się skończyć tylko obopólna korzyścią.
Wiedziałem o tym, jak usłyszałem już pierwszy track, brzmiący jak jakiś kosior z pierwszych płyt Public Enemy albo Geto Boys.
Produkcja jest równa, dość różnorodna i w pełni satysfakcjonująca. Nie sądzę, by podobny efekt dali Majkowi "tradycyjni" producenci, jakby na trackliście byli Justice League, T-Minus albo Drumma Boy, to może i byłoby znośnie, ale na pewno nie tak ciekawie.



Bitwa pod Austerlitz:
+ Świetna warstwa tekstowa
+ Wyborne warunki warsztatu rapera
+ Piękne, klimatyczne bity
+ Unikatowy, często mroczny klimat budowany wszystkimi czynnikami powyżej
+ Przystępna!
+ Bardzo dobre refreny


Pojedynek lokalnych kołków o względy jedynej dziewicy we wsi:
- rap El-P


Kokokoko Majki sporo, ocena leci hen wysoko.
Wspomagany przez duszne, przytłaczające, acz niemiłosiernie wpadające w ucho i pamięć podkłady, Killer Mike jest nie do zatrzymania. W roku 2012 to on jest Chuckiem D, Ice Cube'em i Parisem w jednej, dość obszernej przyznajmy (dieta kurwa!) osobie. Większość raperów pytania o politykę zbywa milczeniem, wymijającą odpowiedzią albo stekiem komunałów. Mike otwarcie mówi o niewygodnych faktach, swoich faktycznych poglądach, przez co staje się niezwykle wyrazisty na tle, dość mdłego dodajmy, pejzażu światopoglądowego dzisiejszego hip hopu. A to, że hip hopowa prawica na szczęście jest niemrawa i niezorganizowana powoduje, że normalne poglądy Mike'a trafią do jeszcze szerszego grona osób, w końcu Trayvon Martin musiał umrzeć, bo czarni są leniwi, prawda, koledzy konserwatysto-korwinowcy?
Szukasz niegrzecznego, prawdomównego, nieprzejednanego, a jednocześnie świetnego pod względem warsztatu (flow, głos) zawodnika, stęskniłeś się za consciosu rapem, nie lubisz tekstów o niczym, wkurwia cię pokolenie marihuanowo-hustlerskich dziamgaczy a.d. 2011 i 2012, jesteś w domu.
Poczujesz się w nim dobrze, na pewno lepiej niż sam Mike we własnym, dalekim od perfekcji dirty southowym getcie.

czwartek, 26 kwietnia 2012

B.o.B- Strange Clouds [May 1, 2012]


Ocena:



"Czuję, że te dźwięki będą kontynuacją klimatów ostatniego albumu, lecz dojrzalsze, bardziej wypolerowane, a nawet nawiązujące dialog z fanem. Da ludziom obraz na to, kim jestem, co pobudza mnie do myślenia i... moją historię, dorastanie, po prostu pokazywanie ludziom mojego oblicza. (...) Nad płytą spędziłem 13-14 miesięcy, jestem gotów budować więź między mną i fanami".
Słowa Bobby'ego Raya, przetłumaczone z serwisu PopCrush, są znamienne, i to pod dwoma względami.
Raz- dlatego, że są prawdziwe.
Dwa- nieprzypadkowo udzielone są one serwisowi POPCrush.
(Trzy- wpis będzie swoistym hołdem dla rapgeniusa, choć oczywiście z mniejszym rozmachem.
Jak chcesz dodatkowej treści, najedź na zielone fragmenty tekstu. Wyłączenie addblocka/noscripta może być konieczne.)
O tak, B.o.B powraca, jeszcze bardziej głodny rapu, jeszcze bardziej popowy, jeszcze ciekawszy niż na debiucie.
Gejrap nigdy nie był tak mocny.
Nowojorskie marudy- kończcie czytać.

Nie znajdziecie tu bowiem niczego dla siebie, szanowi koledzy przygłupy.
Przyczyna jest prosta- B.o.B to pozytywny, emanujący radością i młodzieńczą charyzmą cudak z Atlanty, miasta, które wydało na świat króla a także Andre 3000. Taki, który w haj skulu nie robi kariery jako szturmowiec w ichniej odmianie futbolu, tylko siedzi z gitarą pod drzewem i brzdąka dziewczynom na gitarze.
Oba sposoby na podryw dobre, oba skuteczne, kobiety kochają zarówno milczących muskularnych przystojniaków jak i rozdartych emocjonalnie ladyboyów.
Zebrał doborową ekipę producentów (m.in. Dr Luke'a, znanego choćby z hitów popgwiazdki Ke$hy), świetną, nastawioną na dirty south drużynę gościnnych raperów, miał czuwającego nad całością Tipa- i pocisnął z koksem. Kto go już trochę zna, ten wie, że to koks pierwszorzędny, można nawet powiedzieć, że to prima sort koks wykręcany na udach kolumbijskich dziewczyn, koks ze Świętego Graala, koks zdrapany z bohaterskiego skrzydła Tu-154, co to się brzozom nie kłaniało.
Cóż, zrobiliśmy krok w chmurach, spacer kontynuować musimy.
"The_Adventures_Of Bobby Ray", recenzowane dwa lata temu na tych łamach, było naprawdę świetną płytą, kawałem dobrej muzyki. Osobistej, z duszą, lekkiej, przyjemnej, wpadającej w ucho.
Bobby miał dwie drogi- zrobić coś zupełnie innego albo kontynuować dobre tradycje.
Na szczęście zdecydował się na to drugie.


Cumulonimbus


Czapki same składają się do oklasków, a ręce ochoczo z głów się ewakuują słysząc progres, jaki zanotował młodziak z Dżordżji.
Przede wszystkim słychać, że pogodził się z sukcesem. O ile na debiucie można było jeszcze spotkać nieśmiałego młodziana, pełnego pobożnego, życzeniowego myślenia, tak tutaj jest to w pełni wyewoluowany, zadziorny MC.
Zdecydowany już kim chce być, zadeklarowany, w pełni hip hopowy, choć niestroniący od śpiewu.
Od śpiewu też, nietypowo, zaczniemy. Ten aspekt muzycznego rzemiosła wychodzi bowiem Bobby'emu wybornie. Nie tylko cieszy ucho słuchacza, ale również jest błogością dla kieszeni T.I., który nie musiał wydać fortuny na gościnnych śpiewaków. Sam fakt, że ściągnął Taylor Swift, Trey Songza czy Lauriannę Mae, był dla mnie dziwny, jestem pewny, że B.o.B pociągnąłby w 100% ten aspekt z luzem i perfekcyjnie. Wystarczy posłuchać tylko, jak świetny, gospelowo-soulowy klimat udaje mu się stworzyć na "Just A Sign". Nic dziwnego, że chłopak chce zrobić rockową płytę w przyszłości, jestem spokojny o poziom, wyjdzie znacznie lepiej niż Kid Cudiemu i Lil Wayne'owi (o co akurat nie trudno).
Wokal to jedna z najmocniejszych stron tego projektu, mistrzowskie dopełnienie bardziej tradycyjnej, rapowej całości.
Chcesz nazwać Bobby'ego najlepszym śpiewakiem wśród raperów- możesz śmiało.

Szczęśliwie naprawdę wybitne śpiewanie nie przesłania nam horyzontu na "Strange Clouds", warstwa melorecytacyjna dzielnie bowiem kroczy po swoje.
O ile młody południowiec na razie raczej nie może być stawiany w jednym rzędzie ze swoim idolem, Fri Staksem, to na majku czuje się coraz pewniej. Naturalnie wycieczki w głąb duszy są tu podstawą, w "So Hard to Breath" na ten przykład udowadnia przeciętnemu Kowalskiemu, że on też ma szansę na społeczny awans i pełną kiesę. B.o.B również kiedyś był biedny, brzydki i niechciany, a teraz patrzcie jak się buja. Ty też tak możesz.
Wszystkim konsumpcjonistom z kolei stanowcze nie podmiot liryczny raczy mówić na "Both of Us" i jest ów sprzeciw kolejnym przykładem na to, że młodość inaczej patrzy na życie. Młodość musi się wyszaleć, starość wypierdzieć, mawiał mój ś.p. dziadunio. Jak gonisz za dobrą marką, za blichtrem, za jakością, za pieniądzem- to B.o.B kilka gorzkich słów dla ciebie w tym tracku przemyci. Choć odpowiedź jasna na to, co złego jest w owych rzeczach nie pada.
Trzeba przyznać, że nasz bohater odróżnia się znacząco od naćpanych hedonistów pokroju Wiza Khalify, Mac Millera czy A$AP Rocky'ego dojrzałością i ambicją (a z raperem z Harlemu są z jednego rocznika). Choćby mniej śmiałym, bardziej marzycielskim spojrzeniem na płeć piękną, posiadaniem poglądów, które trzeba streścić na czymś więcej niż odwrocie paragonu, na tematy ważkie w tej kwestii.
Ckliwe, chwytające za serca niewiast "Never Let You Go" pokazuje nam wrażliwszą stronę rapera, niebojącego się pokazywać uczuć i niebojącego się poważnych związkowych deklaracji. Będący zapewne spadkobiercą "Nothin On You" z debiutu "So Good" to z kolei seria pogodniejszych obietnic skierowanych do bliżej nieokreślonej kobietki. Gdy robi się nam radośnie i błogo, naszą lipę z Czarnolasu taranuje pewien nasterydowany Litwin, potomek Witolda i stwierdza, że lipy nie ma. Raper pokazuje bowiem drugie oblicze, pełnokrwistego braggersa, nierzadko nawet urwisa, prawie hustlera, pewnego siebie wizjonera rozdającego karty i rozstawiającego wacków po kątach. Nawet przy założeniu, że Bobby ekspertem od panczy czy wielokrotnych nie jest, należy mu się brawa choćby za "Play for Keeps"", w którym sprzeciwił się trendom i nagrał długą zwrotkę bez refrenów, na dodatek zwrotkę esencjonalną i bardzo elegancką. Przy takim potencjale wokalnym trzeba się było pewnie całkiem sporej pokusie oprzeć. Pokusom nie opierał się za to na "Ray Bands" oraz tracku tytułowym, eksponując bardziej klasyczne, dirty southowe podejście do kobiet i kwestii natrętnego posiadanctwa. Pimp C pokiwałby głową z uznaniem.
Przy "Out of My Mind" za to kiwałby swoim pomalowanym cymbałem Tech N9ne, z którym to znajomość na pewno nauczyła Bobby'ego sporo w kwestii flow i kontroli oddechu. Młodziak odpływa bowiem tutaj w lekkie schizy i niedorzeczności, niepokojące pytania rodem z płyt szaleńca z Kansas. Wszystko to do rytmu podrygujących silikonowych balonów Nicki Minaj, życie jest piękne.
Interesującej całości dopełniają tracki o karierze i jej blaskach/cieniach oraz zamykający całość "Where Are You (B.O.B. Vs. Bobby Ray)" w którym to kawałku B.o.B decyduje się rozwinąć wyobraźnię i zbudować koncept obserwacji własnego życia i kariery z perspektywy 3 osób (fana, przyjaciela, siebie samego). Wyszło może nie rewolucyjnie, ale na pewno jest to miła odmiana.
Cała warstwa liryczna na "Strange Clouds" pokazuje coraz większą wszechstronność Simmonsa, rosnącą ambicję i coraz ciekawsze pomysły na siebie samego. Praktycznie tylko ta sfera mogłaby jednak być jeszcze dopracowana, na niektórych trackach słychać czasem jednak, że mniej czasu spędził nad kartką.
Strach pomyśleć co będzie, jak B.o.B dojrzeje jeszcze bardziej, co będzie robić, kogo cisnąć, kogo wykoleguje z biznesu.
Mało kto bowiem będzie mógł się równać z jego flow i techniką składania. Nie dziwię się zupełnie, że ten przygłupi szczur Tyler The Wibrator szybciutko wycofał się z ewentualnego beefu.
Śmiem twierdzić, że B.o.B rozwala pod względem dykcji, płynięcia bo bicie wszystkich tegorocznych freshmanów XXL, może poza MGK...
Nie dał się też gościom ze "Strange Clouds", to fajne, że to jego muszą gonić Lil Wayne czy T.I., zuchwalą nam się te świeżaki. Poziom gościnnych występów jest bardzo wysoki, świetnie spisała się zarówno Barbie Bitch, Tunechi, Rubberband Man jak i nie posiadający aliasu z racji bycia nikim, Playboy Tre.
Na osobną wzmiankę zasługuje za to kobietka z refrenu w "Chandelier", świetnie wypadła, liczę na jakieś kolejne owocne projekty tego duetu.

Podsumowując, z poziomu raperskiego jest nad wyraz zadowolony. Jest progres w stosunku do bardziej rozmarzonego, mniej zwartego i mniej rapowego debiutu.
#thankyougayrapgod



Altostratus

Niesamowicie zróżnicowana warstwa muzyczna, przystępna i odpowiednio budująca nastrój towarzyszy nam do samego początku, tj. od przemówienia Morgana Freemana.
Jest klimatycznie, jest melodyjnie, jest hiciarsko, jest smutno i rozkminkowo. Muzyka na "Strange Clouds" wyraża dokładnie to samo, co akurat wyraża raper. W hustlerce pomagają mu cykające, zrobione wg wszelkich prawideł syntetyki bangery (Ray Bands), w rozkminach pianinkowo/gitarkowe, świetnie zaaranżowane i zagrane kompozycje, a w przemyśleniach większego kalibru dostojne, monumentalne, prawie vangelisowskie pomniki (Just a Sign). Gdy myślisz, że słyszałeś już wszystko, z głośników atakuje Eurythmics z "Circles" albo tworzący epickie obrazy operowy kobiecy głos w "Bombs Away".
Są też kompozycje typowo radiowe, służące złapaniu oddechu i wyluzowaniu się (So Good), które świetnie wtapiają się w całość.
Mało? W kolejce czeka modna ostatnio wariacja na temat dub-hopu (Strange Clouds, Arena) czy dźwięki, które z powodzeniem mogłyby trafić na jakąś płytę The Roots (Chandelier).
Ciągle ci cymbale mało?.

Ok. Dla wykolejeńców zostaje bit z "Out of My Mind", dziwaczny, pokręcony, szalony wręcz. Za pierwszym razem było ciężko.... Ale daj mu szansę, posłuchaj jak się pięknie zgrywa z rapem zarówno jego jak i jej, i zrozumiesz. "The Don" Nasa jest dziwny? Po lekturze tego tracka jakby mniej...
Jeszcze całkiem fajnym momentem jest początek "So Hard to Breath", który to brzmi zupełnie jak "Here With Me" od Dido.
Roots, Dido, Vangelis, Eurythmics, duby, pop, rock, syntetyki, klawisze, pianinka, chórki, smyczki, gitarki, nawet ponoć jakiś piękny Cygan ma wyjebane na to, że prawdziwych Romów nie ma już i napierdala w którymś tracku na akordeonie.
Takich klimatycznych obserwacji będzie tu znacznie więcej, obiecuję.

T.I., producent wykonawczy tej płyty, w istocie wykonał dobre zadanie. Każdy dźwięk jest tu do granic możliwości dopieszczony, do bólu mainstreamowy, do krwi chwytliwy, każdy z potencjałem singlowym, każdy dumnie depczący ideały truskulowego dekalogu Marley Marla. Jak brakuje ci takich płyt w tym roku, a Chiddy Bang i ich "Breakfast" ci z jakiegoś powodu nie podpasowało, to "Strange Clouds" to najlepszy wybór z możliwych.


Stratocumulus


Opad wielkoskalowy nad Teksasem:
+ Klimat
+ Świetna, różnorodna produkcja
+ Mistrzowskie flow, głos, dykcja gospodarza
+ Dobre, zróżnicowane teksty
+ Wybornie dobrani goście (99%)
+ Wspaniałe refreny i warunki wokalne rapera
+ Wyraźny progres w stosunku do debiutu

Mżawka w Skwierzynie:
- jak wcześniej, nie każdy polubi takie rozśpiewane klimaty
- "Circles" pisane na kolanie...
- można się krzywić przy "Out Of My Mind"
- bezsensowny feat. Taylor Swift


Cirrus

Nie ma wątpliwości, że fani gejrapu nie powinni już szukać dalej. Fani ciekawego pop-rapu są w domu. Fani rozśpiewanego hip hopu nie mogli trafić lepiej. Może nawet fani jakichś Atmosphere coś znajdą tu dla siebie?
Pięknie rozwija nam się Bobby Ray, artystycznie podjął wyzwanie, zaryzykował inną konwencję niż obowiązująca klisza hustlerskiego, marihuanowego dziamgania trzy po trzy na podkładach Clams Casino, skrzyżował szable ze swoim mentorem na tracku, zaprosił ciekawych gości, dokładnie przemyślał brzmienie.
W życiu rapera najgorsza jest właśnie druga płyta, ilu ich już nie dorosło do poziomu debiutu? Zostało oskarżonych o sprzedanie się?
B.o.B nie ma z tym problemu, sprzedał się bowiem już dawno temu, i to na debiucie, ma więc czyste sumienie i może spokojnie podbijać mainstream. Nikt go nie pogania, nikt niczego nie narzuca, ma czas spokojnie budować fanbase i szykować przejęcie rapgry w wieku 30 lat.
Autor bloga kibicować będzie mu niezmiennie gorąco. Ma chłopak potencjał, wszechstronność, odwagę, pomysły, pasję. Cechy, których wielu raperom z mainstreamu dziś brakuje.

Ok ok wiem, że bez tego nie było wpisu, macie więc.

niedziela, 15 kwietnia 2012

[czy pamiętasz? vol. 1] Sauce Money




Ocena:


Rap

Muzyka

Klimat


Nowa seria rozpoczynana tym wpisem będzie przypominać raperów i płyty, które swego czasu zrobiły trochę szumu, były jak najbardziej mainstreamowe (więc nie bójcie się o zapyziałość i chwalenie się znajomością ultrapodziemnych pozycji) i do dziś ciekawe. Postanowiłem trochę "zamglić" wpis, utajniając ksywkę, tytuł płyty, ale nie rok wydania. Jest to na razie próba robocza, zobaczmy jak się przyjmie, i co należało będzie rozbudować w przyszłych tego typu wpisach.
Sprawdź się, pogrzeb w pamięci i skorzystaj z oczywistych, choć trochę perfidnych wskazówek, które tu zamieszczę. A potem wpadnij w zadumę nad omawianym raperem, i nad tym, gdzie jest on teraz.
Podpowiedź- ksywka rapera, tytuł (prawie) i rok wydania (też prawie) pada w tekście, czytajcie więc uważnie.


Hmm, to były szalone lata. Konflikt Wschód-Zachód już powoli się wystudzał. Ludzie ostrzegali, ale ludzie słuchać nie chcieli. 2Pac i Biggie byli już nieobecni, ale ich duch unosił się dalej. Miałem w tym udział, w końcu dzięki komu Puff Daddy wygrał tyle nagród? A to była kwestia kilku minut przecież. Kto by się spodziewał, że taki krótki wysiłek zaowocuje takim sukcesem?
Ja miałem z tego nie tak wiele, tak naprawdę zostałem obrabowany, ale marka została.
Moje umiejętności były na sprzedaż, w końcu każdy artysta to dziwka.
Nie czułem niesmaku zatem tylko dlatego, że poznali mnie dzięki temu pojedynczemu sukcesowi, że nie kojarzą mnie z 3 pierwszych płyt rapera, który mainstream definiował na nowo.
Za dużo roboty było, żeby się takimi pierdołami przejmować.
Kumało się z tym, z tamtym, dzięki Shaqowi i naszym małym raperskim przygodom przypomniałem sobie, jak się trafia do kosza, skill, który praktykowany nie był od czasów pamiętnych czasów na Uniwersytecie Allena.
He, ale do rzeczy...
Jesteśmy grupą, jesteśmy cieniami. Nikt nie zdawał sobie sprawy z naszego istnienia dopóki nie wypłynęła sprawa tego pociesznego karła z L.A., tego, co dał się omamić temu Żydkowi.

"Jak to możliwe?"- pytali ludzie.
"Czy to znaczy, że on nie jest prawdziwym raperem?"- dociekali inni.



Dolary w każdym razie płynęły strumieniami. Puff Daddy wiedział, że beze mnie może być ciężko, więc postanowiłem jeszcze go trochę za tę rękę poprowadzić.
Wiecie, kasa, forsa, sałata, sos, pieniądze, zielone, dolarki, flota- jak tam sobie to przetłumaczycie, to było wszystko, na czym mi zależało, i środkowy palec dla wszystkich, którzy będą próbować moralizować. Paradoks gonił paradoks, wróg stawał się przyjacielem, Beanie Sigel to w ogóle odleciał potem chłopak, szalone, szalone story, ale pewnie na inną, niepełna opowieść.
Tak też sobie kombinowałem przy konstruowaniu solówki, mojego dzieła, dziecka, tego, co po mnie zostanie, i po czym ludzie będą mnie oceniać za 100 lat.
Świat jest piękny, kariera przede mną wielka, tyle możliwości, a to dopiero początek nowego tysiąclecia przecież!



Tak, ludzie nie docenili mnie, pierdolę to, nie będzie szczęśliwego zakończenia. Ludzie są zbyt płascy, zbyt mali na to, co próbowałem na tej płycie przekazać.
Mówiłem Jayowi, że lepiej wcisnąć w ten gościnny wers jakiegoś czarnego reżysera, a nie Martina Scorsese, zrobił po swojemu, miał prawo, w końcu w odróżnieniu od innych moich znajomych, zawsze robił wszystko sam.
Płyta sprzedała się słabo, moje ego zostało lekko ugodzone. Dziś patrzę na statystyki- 61 tysięcy w pierwszym tygodniu, 260 tysięcy w sumie. A były przecież niezłe pancze, byli fejmowi goście ze starej paczki, produkcyjnie obok innych sław nowojorskiego bitmjekerstwa pojawił się nawet Superman.
Dlaczego tak wyszło?

Teraz, w 2001 roku, zastanawiam się, co będzie dalej.



Tak, łatwo zgadliście, chodziło o Sauce Money i jego płytę "Middle Finger U".
Szybko zapomnianą, a wartą sprawdzenia. Ciekawe jest to, co dziś robi ten MC.


Następna zagadka wkrótce, być może z nagrodami.